Trasa anplaktowa niedokończona – Bydgoszcz & Poznań

Przed zabraniem się za pisanie tego tekstu, musiałem odpalić stronę zespołu i zerknąć w zakładkę koncerty. Nie chciałem tego robić, ale musiałem, bo nie pamiętałem już dat dziennych, kiedy się to wszystko skończyło. Nie chciałem, tak jak się nie chce zaglądać do starego albumu, żeby nie zobaczyć, jak się kiedyś głupio wyglądała, bo od razu uruchamiają się wspomnienia i nostalgie. Pamiętałem, że w Łodzi, że było tego dnia zimno, ale co to była za data, to już nie. A zwykle pamiętam takie rzeczy. Teraz pewnie to z siebie wyparłem. Tak, jak nie chce się pamiętać o złych chwilach, mimo że akurat tamta była dobra, bo całkiem udany występ się przytrafił, ale na zawsze zapamiętamy ją, jako ostatni koncert w tym półroczu, a kto wie, może nawet i w tym roku.

Podświadomie też nie chciałem pisać tej zaległej relacji. Takie magiczne myślenie, że jak się nie napisze, to znaczy, że rzeczy nie było, że nic się nie stało. A jednak się stało. 7 marca. Prawie dwa miesiące temu. Już prawie dwa miesiące minęły, od kiedy zagraliśmy nasz ostatni koncert. Gdy graliśmy go, w Wytwórni, w Polsce, mimo braku oficjalnych zakazów, odwoływano imprezy-jedna za drugą. Pamiętam, że w garderobie mówiliśmy, trochę z przekąsem, że to najpewniej nasz ostatni występ w tej trasie, choć mimo wszystko, wszyscy podskórnie liczyli, że uda się jeszcze dociągać przyszły tydzień do końca, bo Wrocław był odwołany decyzją wojewody, ale reszta pozostawała w mocy. W najczarniejszych snach żaden z nas nie podejrzewał, że wszystko potoczy się tak, jak się potoczy. Tydzień, dwa, do kwietnia, może do świąt Wielkiejnocy. A potem, w maju, wracamy.

Po łódzkim koncercie był Dzień Kobiet. Wróciliśmy do domów na noc. W niedzielę nie było szans gdzieś wyjść, bo pani Magda nie mogła zostać z małą Alą gdyż sama świętowała, więc przerzuciłem obchody na poniedziałek. Wyszliśmy z małżonką do knajpy, a później do kina. Na islandzki film. Nie przypuszczałem, że to będzie nasze ostatnie wyjście do miasta jak dotąd. Na środę umówiony byłem z Kazikiem w radiu. Gadaliśmy oczywiście o koronawirusie, bo i o czym tu gadać. O dziwo, pamiętam, że mieliśmy wówczas dość podobne podejście do tematu, które prezentujemy i dziś, choć w międzyczasie przychodziły parokroć niemałe kryzysy. Jeszcze w trakcie audycji dostaliśmy od menadżera wiadomość, że koncerty w Warszawie i w Katowicach zostają przełożone na bliżej nieznany termin. Po wywiadzie odwiozłem Kazika do domu. Umówiliśmy się, że skoro nie gramy koncertów, wykorzystamy ten czas na próby. Pamiętam, że chwilę potem pojechałem na wywiad z Pawłem Bożykiem, profesorem ekonomii, szefem doradców Edwarda Gierka. Gdy rozmawialiśmy w kawiarni, w telewizorze, na pasku jednej ze stacji pojawiła się informacja, że premier zawiesza na dwa tygodnie lekcje w szkołach i zajęcia w żłobkach i przedszkolach. Nazajutrz spotkaliśmy się w Proximie. Nastroje były dalekie od zachwytu. Zagraliśmy całkiem udaną próbę, której efektem były dwie albo trzy kompozycje. W międzyczasie pojawiały się nieoficjalne informacje, że od następnego dnia nieczynne będą lotniska i wstrzymany zostanie ruch lotniczy nad Polską. Postanowiliśmy, mimo że w planach mieliśmy granie jeszcze następnego dnia, że odpuszczamy, żeby koledzy przyjezdni mogli bez strachu powrócić do domów. Wśród gąszczu fejkniusów pojawiały się wówczas też takie, że lada moment odcięta będzie Warszawa i nikt z niej nie wyjedzie. Jak się miało okazać, dobrze postąpiliśmy. Tomasz Glazik załapał się na ostatni, dosłownie, samolot do Londynu. Koledzy Goehs i Wereński bez przeszkód powrócili do Poznania i Zielonej Góry. 12 marca, wtedy po raz ostatni widzieliśmy się w komplecie.

Z Gdańska do Bydgoszczy jechało się szybko. Zimnica byłą przeokrutna. Wyjechaliśmy późno. Późno też dotarliśmy. Hotel mieliśmy na dalekich obrzeżach. M.in. dlatego trochę nie w smak nam było szlajanie się po mieście na afer, bo spora grupa uderzeniowa szykowała się, żeby tego dnia zaprowadzić nas pod najznamienitsze adresy w Bydgoszczy, gdzie serwują najlepsze trunki i wyszynk. Rzutem na taśmę sprawę załatwił Dr Yry, który poprosił w hotelowej restauracji aby w drodze wyjątku poczekali na nas godzinkę dłużej, a wszystkich chętnych na spotkanie po, sprosić właśnie tam. Pamiętam, że cały czas bardzo dokuczał mi kontuzjowany bark. Bolał bardzo. Nakleiłem sobie za pomocą Niego, jeszcze w hotelu, plaster rozgrzewający, który z kolei tak mocno grzał, że rzeczywiście, zapomniałem o bólu, bo skupiłem się na żywym ogniu, który palił mi skórę. Chciałem zajść do apteki po ketonal w żelu, ale jak na złość, żadnej nie było w pobliżu. Radny Mikołajczak przyniósł mi coś na uśmierzenie bólu na koncert. Jedną rzecz w płynie a drugą w kremie. Obie zastosowałem dopiero po reczitalu. Kiedy tak sobie teraz o tym myślę, to nie wiem czy wtedy łagodnie nie przeszedłem tego koronawirusa. Kasłałem suchym kaszlem, choć nie byłem zaziębiony, nerwoból był dość dojmujący. Cholera wie.

Dotarliśmy do bydgoskiej Filharmonii na dwie godziny przed, na próbę i popas. Pamiętam, że wtedy właśnie napisałem ostatnią relację z trasy. Ukończyłem ją dosłownie pięć minut przed wejściem na scenę. Od kiedy sięgam pamięcią, tak właśnie w Bydgoszczy wygląda mój przedkoncertowy wolny czas. Występ wspominam w samych superlatywach. Grałem tego dnia w słuchawkach, więc nie było źle. Sala w Bydgoszczy lubi płatać figle. Gdy schodziłem ze sceny, bark bolał mnie chyba bardziej niż kiedy na nią wchodziłem. Zażyłem lekarstwa. Pomału przestało. W międzyczasie rozesłałem wiadomości do kolegów, że kto żyw i chętny, może się przemieszczać tu a tu. Nie spotkało się to z hurraoptymistycznym przyjęciem, bo nawet jak na Bydgoszcz, hotel był kawałek od centrum miasta i życia towarzyskiego, ale nie chciało się nam, muzykantom, wracać po nocy do łóżek. Lepiej pójść do nich spać prosto z bankietu, co też zrobiliśmy.

W sali restauracyjnej hotelu zjawiła się prawdziwa śmietanka towarzyska. Kogóż tam nie było. Kelner zawczasu poinformował, że przyjmuje zamówienia jeszcze przez godzinę, a później idzie do domu. Pobraliśmy więc na zapas. A kiedy knajpę zamykano a nas wypraszano, przenieśliśmy się na górę, do hotelowego lobby, gdzie kontynuowaliśmy zabawę w najlepsze do późnych godzin nocnych. Wypiliśmy przy tym wszystkie dostępne w recepcji piwa i alkohole własne, co było znakiem do wymarszu spać.

Nazajutrz, w drodze do Poznania lizałem rany. Lizał też Morwa, Yry i co najmniej połowa naszych kompanów z wieczora, których akurat w busie nie było. Pamiętam, że mój ambitny plan biegania z rana po Myślęcinku musiałem odłożyć ad acta, gdyż nie bardzo byłem w stanie. Nie powiem, nie czułem się tego dnia kwitnąco, ale powiedzieć, że było dramatycznie źle, to też przesada. Zanotowaliśmy w Poznaniu sold out, podobnie jak i w innych miastach na tej trasie. Podobnie zresztą jak i Lao Che, które tego dnia, dokładnie w tych samych godzinach co my, 100 metrów dalej, na Zamku, grało swój koncert w ramach trasy pożegnalnej. Też niedokończonej, jak symfonia.  

Poznań nas nie zawiódł, a my nie zawiedliśmy Poznania. Rozparcelowaliśmy nasz występ jak trzeba, tak, że publiczność już od połowy śpiewała i żyła koncertem razem z nami. Z powodu niedzieli oraz miazmatów z poprzedniego dnia, nie miałem tego wieczora ciągu na bramkę, ale oczywiście zaszedłem do Kultowej, spotkać się z mecenasem i paroma innymi kolegami, żeby zmyć hańbę po trasie pomarańczowej, kiedy na wyjście nie starczyło mi już sił. Po drodze mijałem tłumy wychodzące z koncertu Lao. Pisałem nawet do Dimona Jastrzębskiego, perkusisty, czy nie zechcą dołączyć na jednego do knajpy, ale towarzystwo zawijało się na noc do Warszawy i Płocka.

W Kultowej zabawiłem oczywiście ciut dłużej niż chciałem, ale bez przeginki. Razem z mecenasem wyszliśmy po północy i rozstaliśmy się w zgodzie pod hotelem. Pobiegać nie zdążyłem, choć może bym nawet i się do biegania nadał, ale wyjazd do Koszalina był z tych wcześniejszych, coś w stylu 10 a nie 12, a to jeszcze wciąż było dla mnie za wcześnie. C.d.n.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.