Trasa anplaktowa 2023 – Lublin/Kato/Bielsko/Kraków

Narobiło się zaległości, nie z lenistwa a z choróbska i braku czasu. Bo ciągle coś. Kiedy tak dumałem, czy wracać, koncert po koncercie, do tego, co było trzy i dwa tygodnie w tył, doszedłem do wniosku, że przy obecnym stanie wytrenowania i zgrania, opisywać nasze koncerty jest rzeczą…nudną. Bo prócz tego, że na każdym anplakcie gramy w zasadzie to samo, to gramy to równie dobrze. Obce nam są tej wiosny wahania formy. Wszystko się zgadza, co potwierdzają pełne sale i relacje publiczności, w zasadzie, bliźniaczo do siebie podobne co miasto. A najciekawsze jest to, co przed i po. Bóg wie czego się nie spodziewajcie. W końcu jesteśmy zespołem starszych Panów. W większości.

Wypad na kwadrum koncertowe, najpierw na wschód, a potem na południe, na dwa dni przed stanął pod dużym znakiem zapytania. Zacier czuł się podle. Tomasz Goehs też. Na szczęście na wymazach nie dostali pozytywnego wyniku. Zdecydowaliśmy się ruszyć. Zwłaszcza że Lublin czekał na nas od dwóch lat.

Żeby nadgonić co nie bądź prace zlecone, co wiązało się z koniecznością bycia w Lublinie odpowiednio wcześniej, ruszyłem doń pociągiem. Tym samym, którym parę godzin wcześniej zaczął drogę w Zielonej Górze On, a w Poznaniu dołączył doń kolega Goehs. Spotkaliśmy się dopiero na dworcu w Lublinie, bo podróżowaliśmy w różnych wagonach, ale już do hotelu, Tomasz w maseczce, ruszyliśmy jednym uberem. Kapela dojechała 1,5h później. W tym czasie zdążyłem opędzić jedno, roboczo-towarzyskie spotkanie i podumać nad tekstem. W ogóle tego dnia w Lublinie zapowiadał mi się intensywny wieczór towarzysko-rodzinny, bo wszak to moje półrodzinne miasto, w którym nadal mam wielu kolegów i bliskich. Nie wszystkim jednak dane było na koncert dotrzeć, bo jak napisałem wyżej, ten wyprzedał się na długo przed pierwszym gwizdkiem, a sala Centrum Spotkań Kultur, choć piękna i przestronna, nie jest z gumy. Dotarł więc Zamość, Tomaszów, lubelska, tomaszowska diaspora, i kogom tam jeszcze w tłumie nie wypatrzył. Żeby tradycji stało się zadość, po koncercie udaliśmy się, ja, On, Majonez i Yry, do Browaru Zakładowego, posadowionego w budynku CSK. Tam czekali już na nas koledzy i koleżanki i tak przez dwie godziny, a może mniej, bo pora była późna, a nazajutrz normalny dzień pracy i szkoły. Kiedy barman zaczął nerwowo zbierać szklanki, wesoła kompanija opuściła lokal, a że godzina była względnie młoda i nie chciało się nikomu jeszcze iść spać, bo pierwsze zmęczeni odpuściło pod naporem Jamesona i coca-coli, postanowiono, w małym gronie, przenieść zabawę do pokoju hotelowego w przybytku „Victoria”. Tak się to wszystko mile i sentymentalnie zegrało, że ostatnie jednostki opuszczały lokal na szczęście jeszcze przed świtem. Muzykanci zachowali jednak rezon oraz trzeźwość umysłu, i posnęli szybciej, zostawiając miejsce do dyspozycji biesiadnikom. Na szczęście obyło się bez strat w ludziach i sprzęcie i wszyscy, niektórzy z problemami, dotarli do swoich sadyb.

Nazajutrz ruszyliśmy do Katowic po 10. Wlokła się droga niemiłosiernie, jak msza. Na dodatek pogoda się poprawiła, słońce zaczęło miło przygrzewać, a my w zimowych kurtkach, czapkach, szalikach. Człek zrzucał z siebie kolejne warstwy, a wirusy tylko na to czekały, ale o tym za moment. Jak na złość na trasie z Lublina do Rzeszowa ani pół stacji. Dopiero pod Tarnowem stanęliśmy uzupełnić zapasy. Jechaliśmy tak, a to drzemiąc, a to gaworząc o niczym, a cel wcale się nie przybliżał. Dotarliśmy do hotelu na godzinę przed próbą i popasem, a że akurat w piątkowe popołudnie zaczynały się na Śląsku godziny szczytu, nabyliśmy się w pokojach niecałe dwa kwadranse.

Próba poszła sprawnie. Obiad też. Żeby poprawić nam skołatane nerwy, dowiedzieliśmy się od kierownictwa, że planowany na wrzesień wyjazd do Stanów nie dojdzie do skutku, bo miejscowe związki zawodowe nie chcą wpuścić do Ameryki naszych technicznych. Zapadła decyzja, że jak oni tak, to my też dziękujemy za łaskę i zostaniemy w domu. Trochę szkoda, nie powiem, ale szantażom nie zwykliśmy ulegać, co akurat w swoim wydźwięku bardzo mnie ucieszyło.

Po występie skonany byłem okrutnie. Jednak droga i lubelskie harce, mimo że niepokarane ani kacem ani złym samopoczuciem, dały o sobie znać. Mus było odespać.

Przy windzie hotelowej, kiedym przekraczał progi hotelu, napotkałem na swej drodze…Bartłomieja Sienkiewicza, posła partii opozycyjnej, eksministra. Wymieniliśmy zdawkowe ukłony, bo znamy się jeszcze z mojej pracy w Sejmie. Gdym układał się na dobre do snu, z czeluści baru wrócił On i powiedział, że spotkał przypadkiem Tadeusza Zwiefkę, którego akurat znamy obydwaj. Ten był w towarzystwie innych polityków Koalicji. Z rana, bo wstałem bladym świtem, na hotelowej siłowni, z telewizji dowiedziałem się, że w ten weekend na Śląsku partia matka rozpoczyna cykl spotkań swoich najważniejszych synów i cór z elektoratem. Na śniadaniu spotkałem całe naręcze byłych znajomych z pracy. Koledzy trochę się dziwili, że gadam z nimi jak ze swoimi, ale wyjaśniłem, zgodnie z prawdą, że to dawni znajomi z roboty, a że położyli ich w tym samym hotelu, to już nie moja wina. I nie, Tuska nie spotkałem, choć pewnie by i tak mnie nie pamiętał.

Do Bielska czmychnęliśmy w godzinkę. Sala w której przyszło nam grać robiła wrażenie. Świetnie zaprojektowana, dodatkowo z doskonałą akustyką. I koncert wyszedł nam przedni. Jednen z lepszych na trasie. Na tyle był energetyczny, że po występie nie miałem sił na żadne harce. Inna rzecz, że niczego nie planowałem, bo i miejsce i ludzie bardziej dla mnie obcy niż w innych zakątkach.

Z rana, kiedym wstał, bolało mnie gardło. Pobolewało mnie zresztą już od Lublina, ale taka przypadłość to dość typowe zjawisko w polskim przedwiośniu. Zresztą, wszyscy w kapeli byli albo chorzy, albo zakatarzeni, więc szczególnie się tym nie przejąłem. Kraków zagrałem przepisowo, choć po trzech dniach i trzech recitalach, każdy z nas miał dość mocno nadwątlone siły.

Ruszyliśmy z Krakowa chwilę po ósmej. Dosypiałem braki w busie, bo czułem, że ile bym tego dnia nie spał, to i tak będzie mało. Dotarłem do domu ok. 14. Zrzuciłem graty, co nie bądź zjadłem, poszedłem po Alę do przedszkola. Pod wieczór poczułem, że coś zaczyna mnie rozbierać. Bolą mięsnie, lekkie dreszcze. Z rana zaczął się koszmar. Gardło bolało jak szlag. Kaszel taki, że paliło w płucach żywym ogniem. Gorączka, ale nie za duża, do zbicia lekami. I tak przeleżałem cały dzień, bez apetytu i chęci na cokolwiek, łącznie z życiem. Nazajutrz było niewiele lepiej. Małżonka przyniosła mi test. Czułem, że to nie covid, bo po dwóch razach dobrze go zapamiętałem, i było w nim ze mną nieco inaczej. Wyszła grypa typu B. Dostałem garść leków, plus jeden specjalny, na grypę właśnie. W nocy z wtorku na środę zbudziłem się w środku nocy. Musiałem zmienić pościel i prześcieradło, bo wszystko było mokre, jakbym spał na deszczu. Środa przyniosła jako taka poprawę, w czwartek pierwszy raz wylazłem na powietrze. Następny koncert, w sobotę we Wrocławiu, do środy stał pod znakiem zapytania, ale w piątek prócz kaszlu z odrywającymi się glutami i totalnego braku sił, nic mi już nie było. Mimo wszystko bałem się bardzo, czy dam radę ugrać trzy godziny, ale dobry Bóg pozwolił, choć nie było to najciekawsze co miałem publiczności do zaproponowania, ale o tym w następnym odcinku…

Trasa anplktowa 2023 – Gdańsk i Łódź

Gdańsk i Łódź były szybkie, mocne i w zasadzie bezbłędne. Podobnie jak i wizyty w tych miastach. Wpadaliśmy doń jak po ogień, rozpoznanie bojem, spalona ziemia i następna misja. Ofiar nie było, ale i zbierać też czegokolwiek po nie miało sensu. Zamietliśmy najlepiej jak umieliśmy. Bez poprawek i bez wątpliwości, kto rządzi na rejonie.

Do Gdańska wyjechaliśmy z Warszawy w syfiastej aurze zgniłego przedwiośnia, a wjeżdżaliśmy na Wybrzeże białe, mroźne i wietrzne. Akuratnie w ten weekend w całej północno-wschodniej Polsce zaległy ciężkie, śnieżne chmury. Do tego porywisty wiatr od morza. Kto planował tego dnia nawdychać się jodu na plażach i cyplach, musiał się srogo rozczarować.  Drogę spędziłem pracująco. Nadrabiałem polityczno-społeczne braki w korespondencji i epistołach, a kiedym wszystko już spisał i odpisał na wszystko, zagłębiłem się lekturę z początków XX wieku, która mnie uśpiła do samych rogatek Trójmiasta, czyli na jakieś 15 minut.

W hotelu pobyliśmy ok. godziny. Poprasowaliśmy koszule, ja i On, spodnie-ja i blezerki-też ja. Dalej do busa i na Ołowiankę. Tam, to już pewnie wiecie, popas i próba. A potem nastąpił zgon. Niemal dosłownie. Już na próbie co i rusz ziewałem. Nie ja jeden. A gdy została godzina do koncertu, siedliśmy pospołu w garderobie, i gdyby nie bajania Tomasza o światowej historii metalu i jego największych synów, pospalibyśmy się jak dzieci. Coś wisiało w powietrzu, skoro nawet niemeteopatom głowy leciały samoistnie w dół. Kawa nie pomagała. Defekacja nie pomagałą. Nic nie pomagało. Środków wziewnych nie było, poza tym to nielegalne. Z naturą nikt jeszcze nie wygrał. Takoż graliśmy na starcie z lekkiej przyczajki. Dopiero po 3, 4 kawałku neurony zaczęły żwawiej skakać po synapsach. Zrobiło się zupełnie luźno, kiedy na scenę weszły dziewczęta w strojach ludowych z naręczami kwiatów. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że koncert w Gdańsku miał miejsce w wigilię 60. urodzin naszego wokalisty. A że wigilie w Polsce są na topie, zbożny lud przygotował dla jubilata podarki i gromkie sto lat już na starcie reczitalu. Na koniec też było, co by dobrze sobie ten dzień zapamiętał. Uprzedzę Państwa ciekawość, celebry związanej z jubileuszem nie było żadnej. Jubilat bowiem prowadzi się wzorowo, podobnie jak większość z nas. Prócz koleżeńskich życzeń i zbicia piątek nic ekstraordynaryjnego. Spatif tego dnia zasnął bez strat.

Kiedy ostatnie akordy stolatów opadły, my zabraliśmy się za to, co umiemy najlepiej, to jest za granie długich, dobrych i mocnych jak samogon sztuk. Nie powiem, zamuła z początku zniknęła w miarę szybko, adrenalina podkręciła występ, ale pod koniec przyszło klasyczne zmęczenie materiału. Bo gdański reczital trwał ponad 3 godzin 10 minut. Oczywiście nażarłem się na noc, choć obiecywałem sobie, żeby tego nie robić. Ale tyle dobrego jedzeinia marnowało się w garderobie po występie, że grzechem byłoby nie uczknąć choć kawałka. Z napitkiem nie przesadziłem. Ba, nawet nie powąchałem korka. Kiedyśmy chcieli, ja i On, pójść jak ludzie do baru hotelowego i wypić po nasenniaczku, tenże akurat się zamknął. A piwem albo winem z recepcji upadlać się nam nie uśmiechało. Usnęliśmy trzeźwi, za to najedzeni i spełnieni. Przynajmniej artystycznie. Śnieg sypał w Gdańsku całą noc. Z okna pokoju mieliśmy przepiękny widok na zaśnieżony gmach głównego dworca. Odjeżdżały i przyjeżdżały otulone w biały puch pociągi. Romantycznie, co?

Nazajutrz wstałem świtem i poszedłem na poranny trening, gdyż w hotelu była mini siłownia. Tam spotkałem Wojtka, co nie zdziwiło mnie wcale, gdyż często spotykamy się w takich miejscach, a po godzinie zjawił się kolega menażer, co już mnie zdziwiło, bo choć wiem, że jest człek usportowiony, to na wspólnych ćwiczeniach jeszcze nie bylim.

Ruszyliśmy do Łodzi ok. 11. Śnieg zaczął powoli przygasać. Wyjrzało słońca. Na granicy województw, gdzieś w okolicach Grudziądza, zaśnieżone pola ustąpiły zielonym łąkom i taki widok towarzyszył nam do samego końca podróży. W międzyczasie dotarła do nas smutna wiadomość. Umarł Maciek Kazana, chłopak ze Śląska który co roku na pomarańczowej trasie stawał w Spodku jako Kult-Ochrona. Od lat też przychodził na nasze koncerty i koncerty siostrzanych formacji. Wiedzieliśmy, że chorował od dłuższego czasu i to dość poważnie, ale żeby od razu zabierać go z tego świata, i to przed czterdziestką? Kolejny to już mój znajomy, po Sosnowskim, który nie doczekał 40. urodzin. Biorą powoli z mojej półki.

Łódzkie koncerty to te z gatunku najbardziej energetycznych i szalonych. Łódzka publiczność takoż. Dlatego bardzo lubię do Łodzi wracać i w Łodzi grać. Zwłaszcza w Wytwórni, w której jest zawsze świetna akustyka I tak samo było tego dnia. Słyszałem się na scenie najlepiej ze wszystkich zagranych dotąd sztuk. Koncert zadedykowaliśmy zmarłemu Maćkowi. Nie takiego prezentu życzyłby sobie Kazimierz i my dla niego na sześćdziesiątkę, ale podły los jest kurwesko przewrotny. Sto laty oczywiście były, naręcza kwiatów takoż. No i kolejny, ponad trzygodzinny koncert. Najlepszych chyba z dotychczasowych. Grało mi się jak w transie i grałbym nadal, gdyby starczyło sił. Ja owszem, kondycję mam niezłą, usta też trzymają dźwięk długo i mogę grać mocno, ale nawet jak na mnie, 3 godziny dmuchania w puzon powodują na twarzy, zwłaszcza pod koniec występu, fizyczny ból.

Łódzkie koncerty mają jednak jeden, zasadniczy feler. Najczęściej odbywają się w niedzielę. A od kiedy z Łodzi do Warszawy wiedzie autostrada, a droga z jednego miasta do drugiego zajmuje czasami mniej niż przebicie się autem z Kabat do Śródmieścia, naiwnością byłoby czekać w łodzi do rana. Szkoda tych wszystkich kolegów, koleżanek, niewypitych drinków, nieodbytych rozmów, niewysłuchanych kawałów. Może kiedyś jeszcze dobry Bóg się zlituje, i wrzuci Łódź w środku albo na początku stawki.

Tak czy siak, do domu ruszyliśmy wartko, w pełnej, stołecznej obsadzie. Zrobiliśmy jedną stację, na uzupełnienie sakw i bukłaków, a później, dopiero na Przasnyskiej, bo mam to szczęście, że wysiadam jako pierwszy, gdyż pomieszkuję najbardziej na północ.

Świetne to były koncerty. Nie było kiedy specjalnie się ponudzić. Może jedynie w garderobie w Wytwórni, kiedyśmy, ja i On, oglądali na laptopie, Legię w pojedynku z Mielcem. Ale i to jedną połowę i tylko jedną bramkę…

Trasa anplaktowa 2023 – Poznań

W Poznaniu idzie sobie ułożyć życie. Zwłaszcza, gdy następnego dnia wolne, i można bezkarnie oddać się breweriom po reczitalu. No i taki, mniej więcej, miałem plan, jeszcze do piątku. Skończyło się na koncercie, co to nie zostawił wątpliwości, że z pudła ciężko nas dziś zepchnąć. Przynajmniej tyle użyłem. A czegom nie doświadczył, zostawiam sobie na lato. I jesień.

Rzadko trafiają się takie, jednorazowe strzały; że jednego dnia koncert, a drugiego wolne. Że można się bezkarnie pobawić i poświętować, a niedzielę przeznaczyć na straty i lizanie ran. I do tego w Poznaniu, mieście Wieniawskiego i „Kultowej”, w której dzień miesza się z nocą a dżin z tonikiem. W ogóle w tygodniu poznańskiego koncertu miałem wybitnie poznański czas. Najpierw, we wtorek, odwiedził mnie, z racji obowiązków służbowych, kolega mecenas z Poznania, który w Warszawie bawił w sądach. Szykowałem się też, żeby do Poznania wjechać wcześniej, bo w Luboniu, niedaleko Poznania, chciałem obejrzeć i zakupić, co ostatecznie doszło do skutku, instrument, na który chorowałem już od dłuższego czasu. Srebrny puzon marki King. Ale na serio srebrny. Czara głosowa i drobnica są kute ze srebra. Takiej drogiej zabawki jeszcze w swoim życiu nie miałem, a że ostatnio inflacja zżera jak mol wszystko co napotka na swojej drodze, postanowiłem potraktować to jako swoistą lokatę kapitału. W końcu nawet jak mi się odwidzi trąbienie, w co nie wierzę, zawsze zostanie trochę kruszcu na przetopienie, a ten trzyma w świecie cenę.

Do Poznania ruszyłem busem. Pociągi odjeżdżały albo za wcześnie albo za późno, a żadna okazja nie zatrzymywała mi się pod domem. Droga upłynęła sennie, bo padało w zasadzie od startu do mety. Jak nie morzył mnie sen, to uciekałem w lekturę, która po chwili na nowo mnie usypiała, i tak w koło Macieju. Z Maciejem też się zobaczyłem. Mecenasem Maciejem. Wydał zaległe, urodzinowe podarunki, wypił kawę i czmychnął na galę bokserską do Tarnowa Podgórnego. Wcześniej jednak kupiłem mu czekoladę z orzechami. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że nie znam innej, wyższej, bezokazyjnej formy okazywania mojego uczucia w stosunku do innego mężczyzny, jak właśnie ta.

W związku z tym, że Poznań jest od jesieni, kiedy byliśmy w nim ostatnio, rozkopany jeszcze bardziej niż był, a myślałem, że bardziej się nie da, po kilku kółeczkach wokół Rynku zajechaliśmy do hotelu na kwadrans. Niespecjalnie mnie to znowu obeszło, bo już wcześniej umówiłem się z kolegą menażerem, że wracam z nim i dwoma innymi kolegami na noc do Warszawy. On akurat musiał. Ja niestety też. Dość powiedzieć, że nazajutrz, ruszyłem znowu w 300-kilometrową trasę, tym razem na wschód.

W auli UAM-u niewiele się zmieniło. Podobnie jak w scenariuszu każdego, anplaktowego koncertu. Najpierw wydawanie popasu, potem słodkie i kawa, a na deser próba. Sala poznańska jest jedną z ładniejszych, w którym przychodzi nam grać koncerty bezprądowe, ale również jedną z trudniejszych do nagłośnienia. I o ile dla słuchacza jest to w zasadzie niezauważalne, tak dla muzykanta na scenie już i owszem. Słyszy się tam samego siebie średnio, zwłaszcza, kiedy gra się bez odsłuchów, a ja z panem Jankiem tak właśnie anplkaty traktujemy. Pan Janek zresztą z taką samą atencją podchodzi do koncertów prądowych, mając na względzie swój dobrostan i aparat słuchu, czym stanowi w naszej menażerii godny naśladowania wyjątek.

Choć wszystko tego dnia się zgadzało, tak na scenie jak i w ogólnym samopoczuciu, może poza sennością wynikającą z paskudnej, depresyjnej aury, początek występu maiłem dość nierówny. Na samym starcie szło idealnie w punkt, aż tu nagle, wie wiedzieć skąd i dokąd, wkradło się do głowy jakieś rozkojarzenie, które poczęło mieszać w pamięci. Taka niepewność tuż przed kolejną piosenką bywa zabójcza; kiedy człowiek zastanawia się co po czym, albo czy to na pewno właściwy dźwięk, prawie zawsze utrafi źle. Na szczęście tego dnia momenty zawahania nie przyniosły u mnie kary w postaci kiksów albo wysypek, ale do teraz nie wiem, skąd właściwie się wzięły i co było ich przyczyną.

Poznań nie zawodzi. Poznań bywa ciężki do uchwycenia w emocjach. Poznań bywa w nich bardzo zachowawczy i introwertyczny I taki też był. Przynajmniej do pewnego momentu. Ale Poznań nigdy nie pęka. Zagraliśmy prawie 3 godziny, od dzwonka do dzwonka. Potem szybko do auta i w drogę. Po dwóch godzinach z ogonkiem wylądowałem na Bemowie skąd pobrałem ubera i ok. pierwszej byłem już u siebie. Podobnie jak tydzień wcześniej, po Częstochowie. Kiedy układałem się spokojnie do snu, w „Kultowej” zabawa dopiero się rozkręcała. Tak coś czułem, że ominął mnie balet dekady, czego dowodów dostarczono mi nazajutrz aż nadto. Z jednej strony, wielka szkoda, ale z drugiej, kiedy pionizowałem się o ósmej rano i szykowałem do kolejnej wyprawy, dziękowałem opatrzności że udało się zachować w trzeźwości ciała i umysłu kolejny dzień. To są właśnie uczucia ambiwalentne w koronacji.

Trasa anplaktowa 2023 – Rzeszów & Częstochowa

Zaczęło się. Kolejna odsłona trasy bezprądowej za nami. Najdłuższej z dotychczasowych. Na początek Rzeszów i Częstochowa. Jak pójdzie tak jak tydzień temu, a zwykle, z każdym z koncertem idzie tylko lepiej, boję się, że za rok i Duplantis dupa, żeby przeskoczyć tę poprzeczkę, którą sami sobie zawiesiliśmy. Jest dobrze. A nawet bardzo.

Czytaj dalej Trasa anplaktowa 2023 – Rzeszów & Częstochowa

Trasa pomarańczowa 2022 – Zielona i Koszalin

Miałem się do tego zabrać jeszcze w przeddzień nowego roku (w zasadzie nie wiem czemu Nowy Rok pisze się wielką literą), ale te święta były u mnie w końcu takie, jak trzeba. Nieprzeleżane. Nieprzejedzone. Nieprzepite, ale aktywne. Sporo jeździłem. Na nartach też. Spotykałem się z ludźmi. Dużo rozmawiałem. I ostatecznie, kiedy wracałem po całym dniu poniewierki do domu, nie starczało już energii na wysiłek intelektualny.

Czytaj dalej Trasa pomarańczowa 2022 – Zielona i Koszalin