Rockowizna vol. 3

Z nami to jest tak, że im gorzej, tym lepiej. Im bardziej pod prąd, to my z większym prądem, nawet na anplaktach. Nie inaczej było i tym razem we Wrocławiu. Wszystko wskazywało na to, że tego wieczoru niewiele wyjdzie z naszego grania, a tu, proszę, taka niespodzianka!

Tydzień wcześniej Tomasz Goehs pisał na grupie, że we Wrocławiu, w dzień koncertu, przewidują burze i ulewne deszcze, ale kto by tam wierzył w prognozy długoterminowe. Tomkowi za to wierzyć należy, bo to człowiek wielkiej wiary.

Wyjechaliśmy z Warszawy po 11. Było względnie pogodnie, ale raczej na długie ciuchy niźli na plażę. Na zbiórkę dotarłem o czasie. Bus też. A w busie szczęśliwy i wesoły Morawiec Piotr, któremu dwa dni wcześniej urodziła się druga wnuczka. Kto by pomyślał, że od razu zaczęliśmy pić, ten jest w ogromnym błędzie. Owszem, od razu zatrzymaliśmy się na stacji, ale to już tradycja, że pierwsze BP przed zjazdem na autostradę jest zawsze nasze.

Koncert miał się rozpocząć o 19, więc czas na dojazd mieliśmy wycyzelowany na jeden postój. Zrobiliśmy po drodze ze trzy albo cztery, nie wiem, bo głównie spałem. I do tego, do samego Wrocławia, prawie w ogóle nie padało. Ale jak zaczęło pod Wrocławiem, to skończyło następnego dnia, i to gdzieś w centralnej Polsce.

Lało ostro. Ale to tak, że psa z kulawą nogą ciężko byłoby wygonić na zewnętrze w taką aurę. Na próbie oprócz nas, naszej techniki i organizatorów, snuło się po placu koncertowym kilku przemoczonych ochroniarzy w żółtych ortalionach, którzy zapewne klęli pod nosem, co ich podkusiło, żeby wziąć tę fuchę akurat tego dnia. I czy ten cały trud, wart jest tych paru groszy.

Mimo przeciwności losu i kaprysów pogody, próba poszła sprawnie. Kolega Goehs, który przyjechał na czas z Poznania, wcześniej ostukał bębenki, także reszcie zostało jedynie zagrać co swoje, zwinąć mandżół i jechać do hotelu, zmienić ciuchy na wyjściowe i posiedzieć chwilę w cieple i suszy. W zasadzie nie wiem, po co robimy te próby dźwięku. Co scena, nasza technika i akustycy spinają wszystko na tip-top, także jesteśmy tam zupełnie zbędni, ale już się tak jakoś przyjęło, że większość kapel u nas odczynia ten sam rytuał od lat, to czemu akurat my mamy być gorsi. Chyba o to idzie w tej zabawie.

O ile przed reczitalem nie postawiłbym grosza na to, że na biletowany koncert w ulewnym deszczu przyjdzie więcej niż 50 osób, o tyle widok który nas przywitał ze sceny, rozwiał wszystko oprócz burzowych chmur. Te nadal wisiały nad Wrocławiem i donikąd się nie wybierały. Na szczęście nasza publiczność też nie zamierzała się ruszać z miejsca, a tłumy nadal ciągnęły z wszystkich stron, czyniąc ten dzień w miarę znośnym.

Zaczęliśmy od „Niejednego”. Od razu wysoko i mocno, trzeba się było spiąć i docisnąć ustnik do warg. Bardzo bałem się tego koncertu pod względem kondycyjnym, bo cały poprzedni tydzień w zasadzie nie ćwiczyłem. Zacząłem nieśmiało wracać do żywych i do gry od czwartku. Od poniedziałku bowiem leżałem bez życia i czułem się jak śmieć. Nie, to nie covid, o ile wierzyć aptecznym testom. Małżonka naniosła czegoś ze szpitala. Ona na szczęcie przeszła to bez większych przygód, mnie natomiast znowu przeczesało. Łagodniej niż w październiku, ale zawsze. Trzy dni gorączki, plus bolące gardło i zawalony nos. Na szczęście, w letniej trasie, człek na tyle jest oblatany w treningu, że nawet kilkudniowy rozbrat z instrumentem nie poczyni większych strat. Nadal czułem się nie do końca zdrów; słaby i wiotki, za to już bez oznak choroby. Grałem jednak na pełen zycher, zwłaszcza od początku, gdzie na setliście Marszałek Senior umieścił najwięcej wymagających kondycyjnie numerów, a później już odpowiednio dozowałem poziom mocy, żeby starczyło jej do końca sztuki. Tę zagraliśmy pełną, a nawet ponadstandardową, bo dołożyliśmy „Lewe lewe loff” na okoliczność zejścia za potrzebą jednego z gitarzystów. Kiedy bowiem człowieka przyciśnie, to zupełnie zapomina o regulaminie, a reszta ma zanadrzu numer awaryjny, przewidziany planem na takie, nieplanowane, sceniczne absencje.

Gdzieś tak w połowie koncertu, na scenę wkroczył, przez nikogo nie niepokojony, zupełnie obcy człowiek. Przeszedł dumnie obok basu i gitary, pokłonił się Kazikowi i reszcie ansamblu, i zszedł ze sceny jak gdyby nigdy nic. Bywają czasami takie nagłe wtargnięcia, zazwyczaj dość gwałtowne i równie gwałtownie pacyfikowane przez ochronę, której czujność ktoś na chwilę uśpi. Tu jednak wszystko wyglądało, jakby było częścią zaplanowanego spektaklu, dzięki czemu obyło się bez szamotaniny i przepychanek, co zawsze wprowadza rozprężenie i psuje dramaturgię, częstokroć podnosząc ciśnienie wszystkim wokół.

Po koncercie zawinęliśmy się szybko i sprawnie do busa. Zatrzymaliśmy się po drodze w „Żabce”, żeby kupić sobie, co tam każdy chciał dobrego do jedzenia i picia, i pojechaliśmy do hotelu. Tam, w lobby, trwała na całego, wieczorowa impreza czarnoskórych zawodników futbolu amerykańskiego. Chłopy wielkie jak dęby i szerokie jak szafy piły mocno acz kulturalnie, rzucając sztubackimi dowcipami. Z rana, na śniadaniu, też ich spotkałem. Nie byli może już tak bardzo rozbawieni, ale świeży i wypoczęci, w sam raz na poranny rozruch. Ja w sumie też, bo nie nadużyłem. Nawet o użyciu nie było specjalnie mowy. Co to jest 300 gram na takiego chłopa. Wstyd i obraza boska.

Szkoda mi tych organizatorów z Wrocławia. Z Poznania. Z Gdańska. Czy teraz-z Katowic. Bo to ci sami ludzie. We Wrocławiu-padało. W Poznaniu, termin dwudniowego koncertu zbiegł się z Jarocinem. W Gdańsku-z Openairem. Do tego, podobnie jak w przypadku Openaira, zagrał tylko jeden dzień, bo drugiego ulewa zalała scenę i rzecz trzeba było odwołać. My na szczęście graliśmy pierwszego. Nam się upiekło.

Teraz, w Katowicach, w związku z nakładającym się czasowo występem Nicka Cave’a i Off Festivalem towarzystwo odwołało swoją imprezę, bo musiałoby doń ostro dołożyć. W konkursie na najbardziej pechowe numery w totka mogliby grać w ciemno; na co nie postawili dotychczas, przegrywało albo z siłami natury albo z konkurencją. Ostał się im jeszcze Kraków na odchodne, na koniec sierpnia. Może choć wtedy dobry Bóg się zlituje i nie pomiesza kalendarzy bardziej uznanych szansonistów z naszymi, albo przynajmniej pobłogosławi dobrą pogodą i przejdzie bokiem. Daj Panie Boże…

Poznań-Wrocław-London

No i zagrałem. Policjanta. Do tego z rolą mówioną, którą naturalnie popieprzyłem, ale pan reżyser był zadowolony, że tak niesztampowo podszedłem do zadania.

Film kręcił Jo Jostberens, kolega od dokumentu o Polskich Znakach, którego poznaliśmy w połowie roku. Jo, gdy usłyszał o naszym projekcie, wszedł weń z całą mocą; to z nim jeździliśmy po wsiach na Zamojszczyźnie, z nim byliśmy u pań w Gorajcu. Finał tych peregrynacji będzie zwieńczony w filmie o tym, jak powstawał nasz „śmiertelny” materiał i jak go należy czytać. A że Jo jest człowiekiem płodnym i pomysłowym, w międzyczasie zaczął kręcić fabułę według swojego scenariusza i reżyserii, do której doprosił mnie na epizodyczną rólkę. Mój udział sprowadzał się do założenia „blachy”, wypowiedzenia formułki o zatrzymaniu i skucia prawdziwymi kajdankami aktora zawodowego, który na dodatek miał się bronić i wyrywać. Dlatego trzeba było do tej roboty kogoś z odpowiednią posturą i aparycją, z czym dyskutować nie należało, bo że się nadaję, widać nawet bez castingu. Niestety, mimo naturalnych predyspozycji, nie miałem dotychczas zbyt wiele do czynienia z kajdankami, zarówno jako zakładający jak i skuwany i to w każdym życiowym aspekcie, więc obsługa tego urządzenia nie była znowu taka łatwa, kiedy należało nałożyć je na żywo człowiekowi, który wcale tego nie chce. Poraniłem więc ząbkami bransoletek siebie i pana aktora, na szczęście nie za mocno, o co tamten nie miał do mnie pretensji. A i przy okzji scena wyszła bardziej naturalnie.

We wtorek, następnego dnia, pojechałem z samego rana do studia kolegi Mateusza Hulbója, muzyka, który współpracował m.in. z Sosnowskim, żeby, na wyraźną prośbę Oli, wdowy po Bartku, dograć puzon do utworu, którego Bart nie zdążył skończyć za życia. Wyszło bardzo dobrze a sam numer zapowiada się niezwykle obiecująco. Później wróciłem do domu, zacząłem żyć normalnym, pracowniczym życiem, żeby po 16 pojechać po Alę i zawieźć ją na śpiewy, czyli do muzycznego przedszkola. Kiedy zeń wróciliśmy, było już ciemno, więc zabawa na dworze odpadała. Przyszły sąsiadki z naprzeciwka i gdy dziewuchy bawiły się, ja pakowałem walizkę na pięć dni. Dwa w Polsce i trzy na obczyźnie.

W środę, po półtorej dnia w domu, udaliśmy się, w wigilię Święta Niepodległości, do Poznania. Bardzo lubię grać w tym czasie w Poznaniu, i zwykle, przez wszystkie, dotychczasowe trasy pomarańczowe, tak to właśnie się układało; że graliśmy w Poznaniu w okolicach 11 listopada. A lubię tam wówczas bywać, przez wzgląd na świętomarcińskie rogale. Gdybym nie wiedział, że mają tyle kalorii, jadłbym toto na potęgę. W tym roku przytrafiło się nam podwójne szczęście, bo nie dość że 10 listopada w Poznaniu, do tego jeszcze zakwaterowano nas w hotelu Mercury, przed którym jeszcze za komuny, ustawiały się po rogale kilometrowe kolejki. I tak zostało do dziś. Dzień po koncercie, gdy opuszczaliśmy hotel, na własne oczy widziałem.

Do Poznania dotarliśmy o czasie. Aura była bardzo średnia; dżdżysta, za to zimno. Graliśmy koncert na jednej z hal MTP, ale nie tej, co zwykle. Plus tego był taki, że miast krążyć uliczkami, żeby wjechać w odpowiednią bramę, jak to bywało w Poznaniu zawsze, tym razem od pokojów hotelowych i sceny dzieliło nas 10 minut spaceru. Samo miejsce, bliźniacza sala Sali Ziemi, odrobinę mniejsza, choć nieznacznie, wedle opinii pokoncertowych, nagłośnieniowo gorsza. Sam doskonale pamiętam, że z Salą Ziemi też mieliśmy niezłe przeboje, żeby zabrzmieć tam selektywnie i bez efektu łazienki, i dopiero po paru latach obcowania z nią, udało się nam osiągnąć pożądany efekt. W przypadku jej siostry-bliźniaczki, też zapewne musi upłynąć jakiś czas, żeby miejscowi organizatorzy połapali się w szczegółach tego, jak miejsce wytłumić i przygotować odpowiednio akustycznie do dużych eventów, takich jak nasz. Bo zaiste, ludzi przyszło w Poznaniu dużo. Dokładnie nie wiem ile, ale ciężko było dostrzec puste przestrzenie. W zespole moc trwała w nas, a my w niej. Grało się nam świetnie. Wszystko wychodziło. Zresztą jak na większości koncertów z tej trasy. Mam wrażenie, że muzycznie wkraczamy na kolejny poziom wtajemniczenia, i bardzo mi się ta droga podoba.

Po koncercie, urzeczony namowami kolegów, poszedłem pieszo, prosto z sali, do zaprzyjaźnionej restauracji, która nazywa się podobnie jak nasz zespół, żeby godnie zamknąć dzień. Umęczony byłem już okrutnie, ale chwilę po przekroczeniu progu Kultowej, siły witalne jakby powróciły. Zabawiłem pośród kolegów i znajomych jakieś dwie godziny i choć duch kazał zostać jeszcze dłużej i pogadać z tym i owym, rozsądek nakazywał powrót. Posłuchałem tego drugiego. Ok. 2.15 zamknąłem za sobą drzwi Ubera i poszedłem spać. W knajpie pozostawiłem pod opieką Kult-Turystów jeszcze kilku kolegów z bramki i kapeli, którzy powrócili w jednym kawałku, bo na zbiórce z rana, na wyjazd do Wrocławia, pojawił się komplet.

Droga okrutnie się dłużyła. Postanowiłem uciec w sen i nawet na trochę mi się udało. Przed wrocławskim koncertem, a tym samym, przed wylotem do Anglii, udaliśmy się jeszcze, już we Wrocławiu, do mobilnego punktów pobierania wymazów w związku z wiadomo czym, bo dwóch z nas nie zdążyło na czas ze szczepieniami. Na szczęście test był łatwy i obaj zdali go za pierwszym razem, co z kolei bardzo nas ucieszyło, gdyż oznaczało to, że prócz kontuzjowanego Morawca, będziemy w Londynie w komplecie. Być może właśnie przez wzgląd na to poszedł niepodległościowy Wrocław jak burza. Wszystko się nań zgadzało. I my. I nasze granie. I publiczność. To z kolei zapowiadało niezłe emocje w Londynie, które czuliśmy już przez skórę.

Po wrocławskim koncercie, powróciwszy do pokoju, rozprostowałem nieco zbolałe członki, umyłem się pod kranem i wyszedłem na chwilę do reprezentacji kultowo-koleżeńskiej pod nasyp, bo znowu ułożono nas nieprzyzwoicie blisko tego miejsce, więc nietaktem byłoby nie pójść. Kiedy wracałem do hotelu, a było to po jakiejś 1,5 h, Ricardo przekraczał zapewne granicę landów. Trzeba bowiem Państwu wiedzieć, że cały nasz sprzęt podróżował na Wyspy za pomocą Ryśka i jego busa, podobnie jak ma to miejsce teraz, na powrocie. 

12 listopada mieliśmy wylatywać do Londynu. Tego samego poranka zjadłem miłe śniadanie, przepakowałem walizkę oddzielając brudy od czystości i poćwiczyłem w przyhotelowej siłowni. Kiedy kończyłem trening, menadżer Wieteska przysłał nam wiadomość, że nie czuje się za dobrze i żeby nie narażać londyńskiej wyprawy, będzie pracował zdalnie. Obowiązki tour menagera powierza Janowi Zdunowi, jako najbardziej odpowiedzialnemu z klasy. Cóż było robić. Przyjęliśmy do wiadomości fakty i pokornie się do nich zastosowaliśmy. Z hotelu we Wrocławiu na wrocławskie lotnisko z którego wylatywaliśmy, odwoził nas wynajęty autokar. Przed odjazdem Janek skrupulatnie policzył pasażerów. Wydał karty pokładowe oraz dokumenty niezbędne do wjazdu na teren UK, w tym covidowe pouczenia. Podobnie postąpił w drodze powrotnej. Spisał się na medal, a że nie mogło być inaczej, wiedziałem od początku, kiedy otrzymał nominację.

Lot przebiegł bez zakłóceń. Wylądowaliśmy w Luton po niespełna dwóch i pół godzinie w powietrzu. Na miejscu nikt nawet się nie zająknął na temat testów lub ich braku. Wyjście poza terminal lotniczy otwierały automatyczne bramki, w których należało zeskanować zdjęcie paszportu, a te porównywały je ze stanem faktycznym, i zazwyczaj się otwierały. W naszej grupie nikt nie został po drugiej stronie.

Do samego city z Luton jechaliśmy minibusem z koleżanką Asią, żoną Dzikiego, organizatora londyńskiego koncertu. Po 1,5 godziny dotarliśmy na Kensington, pod numer 81, gdzie od paru lat kwaterujemy, w London House Hotel. Tak się szczęśliwie złożyło, że dzięki sprawnej organizacji, zdążyliśmy na mecz naszych chłopaków z Andorą. W tym samym czasie miejscowe chłopaki grały na Wembley, paręnaście kilometrów od nas, z Albańczykami. Wobec dylematu, który mecz wybrać, gdyż państwowa telewizja nadawała mecz brytyjskiej reprezentacji na żywo, poszliśmy o krok dalej, i oglądaliśmy, ja i On, dwa mecze na raz, w sterele; jeden na telewizorze, a drugi na laptopie, za pomocą streamu, raz po raz wymieniać fonię na angielską albo naszą. Po locie i dwóch zagranych koncertach czuliśmy potworne zmęczenie. Na tyle duże, że nie chciało się nam nawet iść na kolację do Libańczyka, u którego zawsze się stołowaliśmy, nie mówiąc już o odwiedzinach pubu. Gdy ostatnie gwizdki rozbrzmiały w Andorze i w Londynie, pogasiliśmy odbiorniki i poszliśmy spać. I spaliśmy długo, bo w Anglii dostaliśmy wszak godzinę snu extra.

Nazajutrz, w dniu koncertu, po ablucjach i śniadaniu, wyszliśmy na zewnętrze rozprostować kości i kupić coś do picia, bo jeść akurat się nam nie chciało. Ja koniecznie chciałem odnaleźć pewien sklep z konfekcją, który odwiedziłem dwa lata temu, a że świat się zmienia, zmieniła się i nieco ulica na której sklep ów był posadowiony. Tzn. ulica jako taka zachowała swój charakter, ale już bez mojego, ulubionego sklepu. Jest tam dziś chyba chińska knajpa. Podobnie pub na rogu, do którego uczęszczaliśmy z Zacierem i Yrym parę lat temu, straszy zamalowanymi na biało oknami. Dziura ziejąca z ziemi, na którą mieliśmy widok z hotelowego okna, powoli zapełnia się nowymi ścianami i piętrami. Chłopcy w sobotę zaczęli szychtę o ósmej, a że położyliśmy się wcześniej, nie mieliśmy im tego bardzo za złe. Z braku lepszego pomysłu na życie, postanowiliśmy pójść posiedzieć trochę do Hyde Parku, bo bytować w ciasnym pokoiku, zwłaszcza gdy na zewnątrz prawie nie padało, byłoby niedorzecznością. Po drodze kupiliśmy picie i jedzenie, bo od tego łażenia, głód zaczął nam zaglądać do trzewi. Nie chcieliśmy rozsiadać się na głównej alejce; lud wypełzł tego dnia, jak i my, do parku, na potęgę. Poszliśmy boczną dróżką, w stronę, stawu; tam dostrzegliśmy wolne miejsca. Po chwili miało się okazać, dlaczego. Przy brzegu, spacerowiczów otaczał rój wodnego ptactwa: małego, średniego i całkiem dużego. Mewy, rybitwy, gęsi, łyski, wielgachne, białe łabędzie i jeszcze cała chmara innych piurowatych łaziła za przechodniami i gęgała, syczała, gdakała, generalnie, robiła sporo szumu. Przedarliśmy się przez tę dzicz i usiedliśmy spokojnie na ławce. Na początku nie dawaliśmy poznać, że mamy jakiekolwiek jedzenie, bo najmniejszy szelest papierka zwabiłby całe towarzystwo do nas. Co i rusz podpływały do nas, jak łodzie patrolowe, wielkie, tłuste łabędzie i obczajały przez dobrych dziesięć sekund, czy nie da się nas z czegoś oskubać. Dosłownie. Obok pojawiał się, jak diabł z pudełka, brzydki ptaszor z żółtym dziobem i takim samym okiem, którym łypał złowrogo. Malutkimi kęsami, żeby nie wzbudzić podejrzeń, zaczęliśmy konsumować swoje drugie śniadanie wicemistrzów ds. walki z brodzącą zwierzyną.

Daję Państwu słowo, nie pamiętam aż tak długiej kolejki do klubu Forum, a gram w nim prawie co roku, od lat kilkunastu, jak w minioną sobotę. Zapewne wiązało się to po części z covidowymi obostrzeniami. Sprawdzano bowiem na bramkach covid passy i to generowało ten cały, niepotrzebny kociokwik. W Anglii przepisy są dość surowe, podobnie jak u nas. Trzeba nosić maski, zachowywać dystans, mieć ważne testy, jeśli ktoś jest niezaszczepiony. W praktyce jednak wygląda to podobnie jak w Polsce, a nawet bardziej lajtowo. Maski w sklepach nosi jakieś 30 proc. klientów łącznie z obsługą. Nikt nie patrzy na nikogo krzywo, jeśli wchodzi do pomieszczenia niezamaskowany. U nas pod tym względem proporcje są jednak odwrotne. Na ulicach można spotkać ludzi w maskach, ale są to głównie Azjaci, którzy nawet przed covidem chodzili w nich po Londynie. W pubie czy restauracji nikt nie sprawdza covidowych apek czy paszportów. Nie wiem, jak jest w metrze, bo nie jeździłem, ale podejrzewam, że podobnie. Na lotnisku większość chodzi w maskach, ale dla tych, którzy wybierają twarz bez ubrania, nie spadają żadne konsekwencje ani ostracyzm. Żyje się więc względnie normalnie.

Koncert nasz, choć z gatunku tych bardziej niż udanych, wyglądał także dość normalnie, w porównaniu do poprzednich lat. Wyprzedał się całkowicie, co bardzo cieszyło. Rozpoczął się obiadem w garderobie, na który składały się specjały tajskiej kuchni. Potem próba, obowiązkowa drzemka, spacer regeneracyjny na Camden z dawno niewidzianym kolegą i powrót do klubu. Kawa, druga kawa, ciastko i występ suportu. W tym roku na deskach Forum zagrała grupa wybitnie międzynarodowa, której wokalistką miała być prawnuczka Witkacego. Piszę miała, ponieważ po występie odkryliśmy, że Witkacy nie miał dzieci ani rodzeństwa, więc do tej pory nie rozwikłaliśmy jej powinowactwa, w które oczywiście ani przez sekundę nie zwątpiliśmy. W każdym razie, pani wokalistka, prócz wybitnych antenatów, posiada również kawał głosu, czemu dała dowód w sobotę, chwilę przed naszym reczitalem. A my? Po Spodku, a może nawet i przed, tegoroczny, londyński koncert wszedł na pudło tych najlepszych. Koncerty dla Polonii maja w sobie taki dziki czad, który uwalnia się w zasadzie od pierwszego numeru i odpowiednio przez nas podsycany, wylewa się przez cały koncert, tak, jakby ktoś co chwilę wrzucał mentosy do butelki z coca-colą. Wszystko buzuje, wybucha, wypływa, przelewa się-tak ludzie, emocje jak i nasza muzyka. Jest to oczywiście bardzo miłe, ale wyzuwa człowieka z energii dwa razy szybciej i mocniej. Nie dziwota zatem, że po krótkim afterze i sprawnym powrocie do hotelu, spaliśmy dziś twardo. A po śniadaniu, na które poszliśmy z rozsądku, spaliśmy dalej i niczego się nam nie chciało, poza leżeniem. I to w zasadzie wszystkim muzykantom. Sam wyszedłem z nory na godzinę przed odjazdem, kupić coś do jedzenia i picia, żeby dłużej nie wtapiać się w tapczan, choć po prawdzie gdybym mógł, to bym to zrobił. Drogę z Kensington na lotnisko Stansted (ok.1,20 h) też w większości przespałem.

Za paręnaście minut lądujemy w Modlinie. Czas oczekiwania na lot i sam lot zajęło mi pisanie, m.in. tego tekstu. Do Modlina zwykle przyjeżdżał po nas Ricardo, ale tym razem nie zdąży, bo sam jest jeszcze w drodze z naszymi gratami, gdyż zabrał się busem zaraz po załadunku, hen z powrotem, do starego kraju. Ma być więc kto inny. Wylądujemy chwilę po 22. Odbiór bagażu, paszporty, covid pasy. Trochę to wszystko potrwa. Niby męczące to całe jeżdżenie i koncertowanie; latanie, przemieszczanie się, ale dajmy spokój, niejeden i niejedna zamieniliby się z miejsca na taką męczarnię. Na szczęście w tym tygodniu będzie można odsapnąć chwilę dłużej. Ale nie za długo. Zwłaszcza że po Łodzi gramy z PZ suporty przed Lao Che. Wolę dziesięć razy bardziej tak, niż tak, jak było rok temu o tej porze, kiedy nie wiedziałem, czy kiedykolwiek jeszcze wrócimy do grania. Każą zapinać pasy i wyłączać elektronikę. Słyszymy i widzimy się niebawem…

Toruń, Łódź, Warszawa x 3, Spodek i Rzeszuff i trochę Polskich

W niedzielę wróciliśmy z Gdańska; przez całą drogę czułem się dobrze. Na wszelki wypadek zaszedłem do szpitala po test na wiadomo co. W domowym zaciszu wykonała mi go moja rodzinna pani doktor, no i wyszło, że jest dobrze. Tzn. niedobrze, ale nie najgorzej. Ale samopoczucie wcale się dzięki temu nie poprawiło.

Czytaj dalej Toruń, Łódź, Warszawa x 3, Spodek i Rzeszuff i trochę Polskich

Norge Orange

Tegoroczną trasę pomarańczową zaczęliśmy na obczyźnie-w Norwegii. Od dwóch albo trzech lat norweskie plany chodziły za nami, ale albo byliśmy za słabi na Norwegów, albo korona za mocna, albo Polonia za biedna, albo wreszcie przyszła prawdziwa, mocna korona i zamiotła wszystkie pomniejsze. Ale w tym roku jednak się udało.

Czytaj dalej Norge Orange