Rockowizna vol. 3

Z nami to jest tak, że im gorzej, tym lepiej. Im bardziej pod prąd, to my z większym prądem, nawet na anplaktach. Nie inaczej było i tym razem we Wrocławiu. Wszystko wskazywało na to, że tego wieczoru niewiele wyjdzie z naszego grania, a tu, proszę, taka niespodzianka!

Tydzień wcześniej Tomasz Goehs pisał na grupie, że we Wrocławiu, w dzień koncertu, przewidują burze i ulewne deszcze, ale kto by tam wierzył w prognozy długoterminowe. Tomkowi za to wierzyć należy, bo to człowiek wielkiej wiary.

Wyjechaliśmy z Warszawy po 11. Było względnie pogodnie, ale raczej na długie ciuchy niźli na plażę. Na zbiórkę dotarłem o czasie. Bus też. A w busie szczęśliwy i wesoły Morawiec Piotr, któremu dwa dni wcześniej urodziła się druga wnuczka. Kto by pomyślał, że od razu zaczęliśmy pić, ten jest w ogromnym błędzie. Owszem, od razu zatrzymaliśmy się na stacji, ale to już tradycja, że pierwsze BP przed zjazdem na autostradę jest zawsze nasze.

Koncert miał się rozpocząć o 19, więc czas na dojazd mieliśmy wycyzelowany na jeden postój. Zrobiliśmy po drodze ze trzy albo cztery, nie wiem, bo głównie spałem. I do tego, do samego Wrocławia, prawie w ogóle nie padało. Ale jak zaczęło pod Wrocławiem, to skończyło następnego dnia, i to gdzieś w centralnej Polsce.

Lało ostro. Ale to tak, że psa z kulawą nogą ciężko byłoby wygonić na zewnętrze w taką aurę. Na próbie oprócz nas, naszej techniki i organizatorów, snuło się po placu koncertowym kilku przemoczonych ochroniarzy w żółtych ortalionach, którzy zapewne klęli pod nosem, co ich podkusiło, żeby wziąć tę fuchę akurat tego dnia. I czy ten cały trud, wart jest tych paru groszy.

Mimo przeciwności losu i kaprysów pogody, próba poszła sprawnie. Kolega Goehs, który przyjechał na czas z Poznania, wcześniej ostukał bębenki, także reszcie zostało jedynie zagrać co swoje, zwinąć mandżół i jechać do hotelu, zmienić ciuchy na wyjściowe i posiedzieć chwilę w cieple i suszy. W zasadzie nie wiem, po co robimy te próby dźwięku. Co scena, nasza technika i akustycy spinają wszystko na tip-top, także jesteśmy tam zupełnie zbędni, ale już się tak jakoś przyjęło, że większość kapel u nas odczynia ten sam rytuał od lat, to czemu akurat my mamy być gorsi. Chyba o to idzie w tej zabawie.

O ile przed reczitalem nie postawiłbym grosza na to, że na biletowany koncert w ulewnym deszczu przyjdzie więcej niż 50 osób, o tyle widok który nas przywitał ze sceny, rozwiał wszystko oprócz burzowych chmur. Te nadal wisiały nad Wrocławiem i donikąd się nie wybierały. Na szczęście nasza publiczność też nie zamierzała się ruszać z miejsca, a tłumy nadal ciągnęły z wszystkich stron, czyniąc ten dzień w miarę znośnym.

Zaczęliśmy od „Niejednego”. Od razu wysoko i mocno, trzeba się było spiąć i docisnąć ustnik do warg. Bardzo bałem się tego koncertu pod względem kondycyjnym, bo cały poprzedni tydzień w zasadzie nie ćwiczyłem. Zacząłem nieśmiało wracać do żywych i do gry od czwartku. Od poniedziałku bowiem leżałem bez życia i czułem się jak śmieć. Nie, to nie covid, o ile wierzyć aptecznym testom. Małżonka naniosła czegoś ze szpitala. Ona na szczęcie przeszła to bez większych przygód, mnie natomiast znowu przeczesało. Łagodniej niż w październiku, ale zawsze. Trzy dni gorączki, plus bolące gardło i zawalony nos. Na szczęście, w letniej trasie, człek na tyle jest oblatany w treningu, że nawet kilkudniowy rozbrat z instrumentem nie poczyni większych strat. Nadal czułem się nie do końca zdrów; słaby i wiotki, za to już bez oznak choroby. Grałem jednak na pełen zycher, zwłaszcza od początku, gdzie na setliście Marszałek Senior umieścił najwięcej wymagających kondycyjnie numerów, a później już odpowiednio dozowałem poziom mocy, żeby starczyło jej do końca sztuki. Tę zagraliśmy pełną, a nawet ponadstandardową, bo dołożyliśmy „Lewe lewe loff” na okoliczność zejścia za potrzebą jednego z gitarzystów. Kiedy bowiem człowieka przyciśnie, to zupełnie zapomina o regulaminie, a reszta ma zanadrzu numer awaryjny, przewidziany planem na takie, nieplanowane, sceniczne absencje.

Gdzieś tak w połowie koncertu, na scenę wkroczył, przez nikogo nie niepokojony, zupełnie obcy człowiek. Przeszedł dumnie obok basu i gitary, pokłonił się Kazikowi i reszcie ansamblu, i zszedł ze sceny jak gdyby nigdy nic. Bywają czasami takie nagłe wtargnięcia, zazwyczaj dość gwałtowne i równie gwałtownie pacyfikowane przez ochronę, której czujność ktoś na chwilę uśpi. Tu jednak wszystko wyglądało, jakby było częścią zaplanowanego spektaklu, dzięki czemu obyło się bez szamotaniny i przepychanek, co zawsze wprowadza rozprężenie i psuje dramaturgię, częstokroć podnosząc ciśnienie wszystkim wokół.

Po koncercie zawinęliśmy się szybko i sprawnie do busa. Zatrzymaliśmy się po drodze w „Żabce”, żeby kupić sobie, co tam każdy chciał dobrego do jedzenia i picia, i pojechaliśmy do hotelu. Tam, w lobby, trwała na całego, wieczorowa impreza czarnoskórych zawodników futbolu amerykańskiego. Chłopy wielkie jak dęby i szerokie jak szafy piły mocno acz kulturalnie, rzucając sztubackimi dowcipami. Z rana, na śniadaniu, też ich spotkałem. Nie byli może już tak bardzo rozbawieni, ale świeży i wypoczęci, w sam raz na poranny rozruch. Ja w sumie też, bo nie nadużyłem. Nawet o użyciu nie było specjalnie mowy. Co to jest 300 gram na takiego chłopa. Wstyd i obraza boska.

Szkoda mi tych organizatorów z Wrocławia. Z Poznania. Z Gdańska. Czy teraz-z Katowic. Bo to ci sami ludzie. We Wrocławiu-padało. W Poznaniu, termin dwudniowego koncertu zbiegł się z Jarocinem. W Gdańsku-z Openairem. Do tego, podobnie jak w przypadku Openaira, zagrał tylko jeden dzień, bo drugiego ulewa zalała scenę i rzecz trzeba było odwołać. My na szczęście graliśmy pierwszego. Nam się upiekło.

Teraz, w Katowicach, w związku z nakładającym się czasowo występem Nicka Cave’a i Off Festivalem towarzystwo odwołało swoją imprezę, bo musiałoby doń ostro dołożyć. W konkursie na najbardziej pechowe numery w totka mogliby grać w ciemno; na co nie postawili dotychczas, przegrywało albo z siłami natury albo z konkurencją. Ostał się im jeszcze Kraków na odchodne, na koniec sierpnia. Może choć wtedy dobry Bóg się zlituje i nie pomiesza kalendarzy bardziej uznanych szansonistów z naszymi, albo przynajmniej pobłogosławi dobrą pogodą i przejdzie bokiem. Daj Panie Boże…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.