Trasa pomarańczowa 2019 – Wrocław, Kato, Kraków – podsumowanie

Ostatnie triduum koncertowe i tak bardzo rozciągniętej w czasie trasy, zapowiadało się imponująco. Wyprzedana hala Orbita, co nigdy nie miało miejsca, wyprzedana płyta Spodka (tym bardziej) i prawie pełne trybuny, no i od dawna wyprzedany klub Studio w Krakowie. To nie mogło się nie udać. Tzn. mogło, ale się udało.

Do Wrocławia pojechaliśmy z kierowcą Darkiem Chylakiem. Możecie go kojarzyć z fosy, stojącego w Kult-Ochronie, jak również z tradycyjnego już na trasie, wykonywania „Polski” wraz z Kazikiem. Tym razem Darek zadebiutował w roli kierowcy, gdyż Rysiek akuratnie obwoził po Słowacji Danutę Błażejczyk, a Darek na kierowaniu się zna. Samochodów osobowych też.

Dowiózł nas Daro sprawnie i bez przygód. Kwaterunek na obrzeżach miasta, w hotelu na Muchoborskiej. Niewiele dalej była też hala Orbita. Z początku myślałem, że położą nas w zakładowym hotelu w samej hali, jak to już bywało przy okazji koncertu październikowego i anplaktowego, który tam graliśmy. Dość powiedzieć, że mało który kolega o tym anplaktowym pamiętał. A był raz rzeczywiście taki występ. W hali Orbita parokroć nocowała też grupa El Dupa, choć grała zupełnie gdzie indziej. Tym razem jednak miejsca leżące przewidziano z dala od miejsca pracy. Sądziłem, że państwo w Orbicie mają jakiś remont obiektu, albo organizator ma umowę z innym hotelem, ale okazało się, że w sali bankietowej trwała w najlepsze impreza. Wyglądało to na wesele, bo dziś wesele w piątek to wcale nie taka wielka niecodzienność. Tak czy inaczej, w Orbicie graliśmy, ale już nie spaliśmy.

Kiedy weszliśmy doń po raz pierwszy, po kilku latach nieobecności, miałem jak najgorsze przeczucia. Hala sportowa, nie najmłodsza, ale i nie wiekowa na szczęście, która zimą zamienia się w lodowisko, nie wróży akustycznie niczego dobrego. I prawdopodobnie by tak było, gdyby nie to, że na naszym koncercie wypełniła się do ostatniego miejsca. Daję słowo, nie pamiętam tak rozentuzjazmowanego i gorącego Wrocławia w listopadzie. Mimo że powietrza było pod dostatkiem, spociłem się tego wieczora bardziej niż w niejednym klubie, tak to wszystko szło. Jak w maszynie. Momentami ocierało się o jakąś psychodelię, kiedy się człowiek zatracał w graniu albo obserwowaniu całości. Tak też określił to jeden z kolegów na pokoncertowym raucie: było psychodelicznie i perfekcyjnie wykonane. I ja się pod tym podpisuję. Graliśmy we Wrocławiu chyba równe trzy godziny.

Po występie umówiłem się z wrocławskimi znajomymi pod halą i pojechaliśmy do centrum, coś zjeść i wypić. Wylądowaliśmy w knajpie w starym, pruskim więzieniu. Chyba kiedyś już tam byłem. Poza tym doskonale kojarzyłem miejsce z kryminałów Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku, które z lubością czytuję. Z powodu tego że było po 23 lub bardziej przed 24, kuchnia wydawał tylko dania barowe. Można było zamówić frytki albo frytki. Zamówiłem frytki. Z majonezem truflowym. Inni też zamówili frytki. Z różnymi innymi sosami. Frytki grubo krojone, własnej roboty, jedne z lepszych jakie jadłem. I na pewno z najlepszym majonezem truflowym jaki jadłem ever. Trunki piłem ochoczo acz umiarkowanie. Następnego wieczora grać miałem w Spodku, poza tym dochodziła druga po północy, oczy poczęły mi się już kleić, więc około równej godziny rozstaliśmy się z towarzystwem na rogu ulic Więziennej i Nożowniczej. Dotarłem do hotelu po kwadransie jazdy uberem. Grupka kolegów dokazywała jeszcze w hallu hotelowym. Przyłączyłem się na moment, a że nie specjalnie było już z kim i co spożywać, wszyscy pomału udali się na pokoje, co uczyniłem i ja.

Wyjazd do Katowic zarządzony był na 12. Odespałem zaległości. Ruszyliśmy o czasie. Po drodze napisałem tekst zarobkowy do „Trybuny”, a później zająłem się rezerwowaniem biletów lotniczych na pomarcowy, tradycyjny wyjazd regeneracyjny. Wybór padł na Toskanię. Niedane mi było dokończyć tego, com zaczął, gdyż przy próbie finalizacji zakupu, system się wieszał i nie dał sobie zapłacić pieniędzy. Black Friday zbliżał się wielkimi krokami Naród już zaczął kupować na potęgę.

W Spodku, tradycyjnie, jak od lat, przywitała nas w hotelu Olimpijskim, dziś zwanym Diamentem, reprezentacja Kult-turystyczna. Pokrzepiliśmy się na wejściu, ja i On, lekami od dra Banacha który prowadził punkt pierwszej pomocy i poszliśmy poleżeć przed próbą na parę chwil. Dosłownie kwadrans albo dwa. Po próbie nie zostałem na obiad służbowy. Dobrze zrobiłem, zwłaszcza, że się opóźnił. Pozwoliłem porwać się moim śląsko-zagłębiowskim znajomym do knajpy Kredens w Katowicach. Lokal na uboczu, ale od drzwi pachniało grzanym winem i piernikami. Kiedy na dworze ziąb przeszywał do szpiku kości, w środku było przyjemnie ciepło i przytulnie. Kuchnia też niezła. Pasty, burgery, kurczak na pięć sposobów. Wziąłem kluchy z owocami morza na ostro, do tego białe winko. Doskonale się to wszystko komponowało; kulinarnie i towarzysko.

Sam koncert w Spodku-magiczny. Daję słowo, chyba nigdy nie widziałem tylu ludzi pod jednym dachem. Zwłaszcza z perspektywy stojącego na scenie muzyka. Na parę godzin przed koncertem rozniosła się plotka, że Spodek, podobnie jak hala Orbita, też się wyprzedał, ale były to nieprawdziwe informacje. Ma to jednak swoje dobre strony; skoro wyprzedaliśmy większość duży hal w tym kraju, a Spodka jeszcze nie, cały czas jest po co do niego wracać! Jak na złość, przy takim audytorium, mieliśmy z początku problemy sprzętowe. Najpierw coś się popsuło w basie, ale technika szybko się z tym uporała. Później zaszwankował mikrofon wokalisty i też chwilę trwało, zanim znaleziono usterkę. A pamiętam na próbie, jak Kajetan kazał odłączyć zapasowy kabel do podpięcia wokalu, bo tylko niepotrzebnie generował zbędny sygnał na konsolecie.

Po występie rozpoczął się w patio hotelowym tradycyjny bankiet oraz wszechpotężna fraternizacja Kult-Turystów z muzykami, Kult-Ochroną i wszystkimi ludźmi dobrej woli, która to w godzinach późnonocnych przeniosła się do hotelowej restauracji. Nazajutrz, o 11 na śniadaniu, większość biesiadników nadal wyglądała kwitnąco, jakby koncert skończył się godzinę temu.

Do Krakowa jechał już z nami Ricardo, który szczęśliwie powrócił z zagranicy cały i zdrów. Po 45 minutach drogi byliśmy na miejscu. Pogoda była taka, że nic, tylko wleźć pod koc, położyć się i tak zostać. Zimno, wietrznie za to do tego prawie w ogóle nie padało. Nie napiszę nic innego i w tym miejscu. Hotel, leżenie, próba, powrót, leżenie i sam koncert. Kraków jeszcze nigdy nas nie zawiódł i tak było i tym razem. Pamiętam koncerty w klubie Studio, po których wychodziłem głuchy i mokry. Tym razem opuściłem deski klimatyzowanego i nowoczesnego miejsca wesół i szczęśliwy. Doskonale się dziś tam gra i dobrze słyszy, choć na próbie mieliśmy obawy, bo kolumny basowe, po przebudowie i generalnym remoncie, który klub niedawno przeszedł, umiejscowiono pod sceną Kiedy Jeżyk zagrał coś, nawet na cienkich strunach, czułem, jak obiad układa mi się w bebechach. Na szczęście przyszli ludzie i wytłumili, i na koncercie nie mieliśmy już takiego dyskomfortu. Warto w tym miejscu wspomnieć też o świetnym suporcie, który Kraków nam zgotował. Wiolonczelistka, cajon, gitara-naprawdę bardzo dobre granie.

 Koncert krakowski był chyba najdłuższy, jak to ostatni na trasie. Po pierwsze dlatego, że spieszyć się już nie było dokąd, a po drugie, zawsze na koniec trasy Kazik, jak ksiądz na ambonie, czyta ogłoszenia parafialne. Wymienia z imienia, nazwiska lub pseudonimu wszystkich tych, którzy przyczynili się swoją pracą i osobą do tego, że kolejny rok mogliśmy cieszyć Was swoją muzyką, a samych siebie-Wami. Lista jest zawsze długa, bo nie pomijamy nikogo, chyba że przez roztargnienie. Byłaby jeszcze dłuższa, gdy chcieć wyliczyć każdego z osobna, kto przyszedł, kupił bilet i wystał w trzygodzinnym hałasie. Jeden taki, Paweł Ptak, Kult-turysta z Rzeszowa, był na tegorocznej trasie na wszystkich koncertach, i polskich i zagranicznych. Jest to jedyny znany mi przypadek, choć wiem również o innych, którym zabrakło niewiele, żeby zdobyć tegoroczną „koronę ziemi”.

Z kilku względów trasa pomarańczowa 2019 była inna niż dotychczasowe. Bez wątpienia trwała najdłużej; rozpoczęła się w połowie września, a zakończyła pod koniec listopada. Prócz Koszalina oraz Nowej Rudy, które pojawiały się na naszej peregrynacyjnej mapie rzadko albo wcale, graliśmy w znanych sobie miastach i miejscach. Ot, kalendarz tak się dla nas ułożył, że na początku mieliśmy pomiędzy koncertami spore przerwy, po tydzień, dwa i stąd taka odległość od punktu A do B. Trasa pomarańczowa 2019 była najlepsza frekwencyjnie z dotychczasowych, i zdajemy sobie sprawę, że trudno będzie powtórzyć ten wyczyn. Wyprzedane Stodoły, Poznań, Wrocław, Łódź. W zasadzie tylko Spodek i Gdynia, największe miejsca, nie zanotowały sold out’ów. Jest to bez wątpienia zasługą koncertu na PolandRock Festiwalu, lub jak kto woli (np. ja), na Woodstocku. Z wielu względów ludzie, którzy nas tam zobaczyli, poszli na koncerty klubowe, które od lat, co pokazał i Woodstock, muzycznie nie biorą jeńców. Bywały upadki i wzloty, ale najgorsze chyba za nami. Drugą, jeśli nie pierwszą przyczyną, był również film Olgi Bieniek, który sprzągł się w czasie z Woodstockiem i z trasą, a na który to czekaliśmy 6 długich lat, co z kolei dorzuciło do pieca koncertowego również nie mało, nomen omen, koksu. Po raz pierwszy na trasie pomarańczowej przy mikrofonie zaczęli udzielać się także inni, prócz Darka Chylaka, Kult-Ochroniarze. Guma wniósł nową jakość do „Tłuszczy”, grywał na gitarze w „Lewe lewe loff”, a kiedy akurat nie czuł weny, na scenie, obok Pana Janka, przy wykonywaniu „Totalnej stabilizacji” zastępował go Tomasz Gomułka.

Z roku na rok, po trasie październikowej czuję coraz większe zmęczenie. To chyba naturalne. Martwiłbym się o siebie, gdybym nic już nie czuł. Czuję, że robię się starszy i więcej mnie kosztuje trąbienie, ale po tej trasie, która obdarowała nas bardzo hojnie w zaszczyty i emocje, jakby sił mi przybyło. Może, tak sobie myślę, pokonałem już tę granicę, za którą człowiek zostawia swoje fizyczne słabostki; że po tej trasie, próg bólu przesunął się dalej, głębiej do środka. Bardzo bym sobie tego życzył. Podobnie jak tego, żeby za rok pobić kolejne rekordy i jakoś umiejętnie zdyskontować ten tegoroczny sukces. Po trasie rozmawialiśmy z kolegami i zgodni jesteśmy co do tego, że warto w przyszłym roku pomyśleć nad nową płytą. W styczniu trzeba się będzie umówić i zacząć coś dłubać, bo nie uchodzi tak, że Wy nam coś a my Wam nic…

Trasa pomarańczowa 2019 – Nowa Ruda & Poznań

Nowa Ruda to miasteczko niewielkie, acz malowniczo położone; w górach, niedaleko Bielawy, gdzie grałem, jeszcze przed angażem do Kultu, z grupą The Bartenders, na festiwalu reggae’owym, pierwszy i ostatni jak dotąd raz. W Nowej Rudzie mieliśmy w tym roku jeden z postojów na pomarańczowej trasie. Jak to się stało, nie wiem, ale żałować nie mogę.

Początkowo myślałem, że koncert w Nowej Rudzie to sprawka Bogusia Klimasa. Boguś, to koleżka rodem z Nowej Rudy, który ongiś jeździł na nasze koncerty po całej Polsce. Kilka lat temu wyjechał za chlebem do Anglii. Tam też, w Manchesterze, odwiedził nas raz czy dwa, aż w końcu mu się na obczyźnie znudziło i wrócił do starego kraju. Jednakowoż inicjatywa wypłynęła nie od niego, a od miejscowego magistrackiego dyrektora od kultury, który do końca nie mógł uwierzyć, że wszystko przebiegnie w tak szczęśliwy dla nas i dla niego sposób.

Wyjechaliśmy z Warszawy w deszczu i zimnie. Pogoda mocno się tego dnia zepsuła i taką pozostała do dnia następnego. Dłużyło się nam niemożebnie, bo do Nowej Rudy z Warszawy kilometrów było jak za zboże. U kresu podróży zaczęła mnie boleć głowa, znakiem tego wjeżdżaliśmy z nizin w góry. Zawsze tak mam.

Położono nas spać w pięknym, secesyjnym dworku w Bielawie. Trzydzieści parę kilometrów od sali koncertowej. Ta ulokowana była w hali miejscowego OSiR-u. Podjęto nas tamże przepysznym, domowym obiadem. Hale sportowe nie są najszczęśliwszym miejscem do grania koncertów, szczególnie te, pobudowane za komuny, albo w początkach wolnej Polski. Hala w Nowej Rudzie nie była najnowsza, ale akustyka nie była za to najgorsza. Próbę rozkminiliśmy szybko, jeszcze szybciej wskoczyliśmy do busa i pognaliśmy poleżeć w łóżku przed występem. Wpieriot, krętą, górską drogą. Łeb jak bolał w tę, tak i bolał nazat.

Koncert wypadł lepiej, niż moglibyśmy sobie wyobrazić. Ludzi przyszło chyba całe miasto. Wyprzedać się nie wyprzedał, ale i tak pozytywnie nas zaskoczyli noworudzianie swoim tłumnym przyjściem. Przed reczitalem doszło do małej spiny z miejscową ochroną. Ichni szef nie chciał się zgodzić, żeby nasi Kult-Ochroniarze stali w fosie i łapali ludzi, ani robili cokolwiek, co mogłoby tamtym, profesjonalistom z agencji, zabrać chleb. Wieteska Piotr postawił jednak sprawę jasno: albo Kult-Ochrona zostaje, albo nie ma koncertu, na co i my, muzycy, przystaliśmy. Zaczęliśmy o czasie, skończyliśmy po 2.45, jak zwykle. Publiczność lekko zdezorientowana, ale żywiołowa, choć crowdsurfingu za dużo nie było.

Zebraliśmy się w szatni, chwilę po występie. Rozeznaliśmy się w posiadanych kaloriach i alkoholach. Posucha. Ruszyliśmy na poszukiwania stacji. Odnaleźliśmy rzecz w Bielawie. Skromniutki orlenik na uboczu.  W środku za to, oprócz naszej, wygłodniałej bandy, dwie parówki. Kanapek brak. Ewentualnie gorący kubek, ale bez wrzątku. Kupiłem sobie paczkę czipsów, bo z głodu po drodze łeb bolał mnie bardziej niż zazwyczaj. Zapiłem w hotelu drinkiem powitalnym, które nam hotel zaoferował na przywitanie, ale że nie wypiliśmy ich z racji pozostawania w przedkoncertowej trzeźwości, Rysiek-kierowca zrobił w restauracji odpowiedni zapis, i zaordynował dla całej grupy powitalny drink do poduszki. Dobry był, kolorowy, nie za słaby. Z powodu zapominalstwa, musiałem się jeszcze udać do kolegów z Ochrony za potrzebą, gdyż nie zabrałem ze sobą pasty do zębów. Przy okazji zostałem poczęstowany kropelką alkoholu znacznej wykwintności W pokoju, ja i On, obejrzeliśmy jeszcze przygotowania do meczu bokserskiego, bo na cały mecz nie starczyło nam sił. Posnęliśmy przed drugą

Do Poznania ruszyliśmy już przy dobrej pogodzie. Po śniadaniu, bliżej 10 niż 11. Droga była raz to filmowa, raz wpół senna. Coś oglądaliśmy, coś jedliśmy. Ja uzupełniałem braki w memuarach i lekturze. Dotarliśmy do hotelu o czasie. Ucieszyło nas bardzo, że ten zlokalizowany był niecałe 10 minut spacerem od źródełka, znaczy się od Kultowej. Popas odbył się w garderobie. To, co zaskoczyło od wejścia na salę MTP, to scena, przesunięta maksymalnie do tylnego wejścia. Wiedzieliśmy, że koncert się wyprzedał i wiary będzie po dach. Drugi raz wyprzedaliśmy Poznań, co bez wątpienia może stanowić powód do chwalenia się na mieście. Mało komu udała się taka sztuka. Na próbie zagraliśmy numer z Jagodą Lembicz, powtórzony później na występie: Kochaj mnie, a będę Twoją, bo jakżeby inaczej.

Poznań wybuchł! Eksplodował! Emocjonalny kosmos. Choć muzycznie, sala MTP w tym roku zagrała inaczej. Czy gorzej, tego nie wiem. Inaczej. Czego by o niej nie powiedzieć, trzeba jednakowoż uczciwie przyznać, że bywa Sala Ziemi bardzo kapryśna i nierówna. Ale idzie to nadrobić dobrą grą i szaleństwem, a to wystąpiło na scenie i przed nią. Kosztowało mnie jednak to poznańskie poruszenie mnóstwo energii. Na tyle dużo, że kiedyśmy skończyli występ, usiadłem przy talerzu z ciepłą strawą, westchnąłem ciężko i spożyłem kolację, przeczuwając, że na Kultową nie starczy mi sił. Nazajutrz, o 8, chciałem wracać z techniką do domu, żeby nie przyjechać doń na wieczór i do reszty nie stracić na podróż całej, widnej niedzieli. Miałem też plan i obowiązek napisać tekst zarobkowy dla kapitalisty, czego dokonałem. I wszystkie te rzeczy mogłyby się pójść masturbować, gdybym jednak do Kultowej zaszedł. Nawet rozważałem krótki wypad, na godzinę i powrót. Ale czułem się naprawdę jak z krzyża zdjęty, więc walka z własną słabością nie miała najmniejszego sensu, bo werdykt już i tak zapadł. Sprawiedliwa, ludzka, ułomna natura zarządziła-ten pan zostaje. Drugi Pan z pokoju, oraz kilku innych Panów z naszej szajki jednak poszło, a jakże. Wszyscy wrócili.

Trasa pomarańczowa 2019 – Triduum warszawskie

Los był dla nas w tym roku łaskawy. Nie dość że dał nam zagrać w Warszawie trzy razy, to i do tego trzy razy z rzędu. Na trzy dni – od czwartku do soboty, zamieszkaliśmy w Stodole. W studenckim klubie Stodoła. W Stodole piliśmy, jedliśmy, dosypialiśmy braki. W Stodole zagraliśmy też jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, koncert trasowy. I to na koniec.

Czytaj dalej Trasa pomarańczowa 2019 – Triduum warszawskie

Koncert dla Doroty

Pamiętam jak dziś. Napisała do mnie na fejsie Ania Dulska. Że pojawił się pomysł, aby zorganizować koncert dla Doroty Stogi. Parę dni wcześniej dowiedzieliśmy się, że Dorota zachorowała na raka. Kiedy graliśmy anplaktowy koncert w Tarnowie, w maju, nikt niczego jeszcze nie wiedział ani nie przeczuwał. Żaden z jej tarnowskich kolegów, czy to Jamal, z którym tego dnia jeździłem autem po ustnik do sklepu muzycznego, czy Wiola, koleżanka z pracy, nie zdradzili, że coś jest z Dorotą nie tak. O ile wiedzieli. O ile wiedziała sama Dorota.

Czytaj dalej Koncert dla Doroty

Trasa pomarańczowa 2019 – Londyn, Toruń, Koszalin, Gdynia/Opole, Łódź

Niechaj pozdrowiona będzie robotnicza, czerwona Łódź, która, jak co roku, i tym razem nas nie zawiodła. Niechaj będzie pochwalone prasłowiańskie Opole, które przyjęło nas z powrotem po latach i dało nam schronienie oraz ciepły kąt. Pozdrowione niech będą Trójmiasto, Koszalin i Toruń, w którym spędziliśmy urocze dwa dni i zagraliśmy na deskach klimatyzowanej sali w klubie Od Nova. No i wreszcie, last but not least, błogosławion niech będzie polski Londyn, gdzie Polonia pokazała po raz kolejny, że nie da nam zginąć z głodu i szybko zejść ze sceny. Błogosławione niech będą te i przyszłe miasta. Traso trwaj!

Czytaj dalej Trasa pomarańczowa 2019 – Londyn, Toruń, Koszalin, Gdynia/Opole, Łódź