Trasa pomarańczowa 2016-Rzeszów i Kraków

Właśnie wracamy z Krakowa, ja i On, jednym pociągiem, w jednym przedziale. Ja mam miejsce 82 a On 83 i siedzi za mną. Za nami koncert w Krakowie-na tyle głośny, że jeszcze obydwaj mamy go w uszach. Za mną rok od dnia, kiedy po krakowskim koncercie, wróciłem ledwo ciepły do domu. Tamtego wieczora zdążyłem jeszcze zagłosować w wyborach parlamentarnych i umyć zęby. Dziś wracam do zupełnie innego świata. Wraca doń zupełnie inny Jarek. I choć staram się nie żałować spraw ani czynów z przeszłości, to tamtego Jarka jakoś wcale mi nie szkoda.Na dwudniówkę koncertową Rzeszów-Kraków postanowiłem pojechać na własną rękę. Długo się zastanawiałem, jaki środek transportu wybrać. Pociąg odpadał w przedbiegach, bo jedyny bezpośredni jechał ponad 6 godzin. To już nawet bus z kapelą pokona tę trasę szybciej. Rozglądałem się też po ofertach na blabla, ale nic mi nie pasowało ani czasowo ani lokalizacyjnie, bo tłuc się dodatkowo z walizkami na umówione spotkanie, hen gdzieś na Gocław, to mało komfortowe i nie warte Rzeszowa. Na prowadzenie przez pewien czas wyszedł nawet samolot. Szybko, w relatywnie dobrych godzinach, ale jednak trochę drogo-prawie 4 paczki za lot w jedną stronę. Połowę tej sumy jeszcze bym wydał, a nie byłem znowu aż tak ściśnieniowany, żeby dać się wydymać LOT-owi. Postawiłem więc na komunikację autobusową prywatną. 5 godzin z hakiem i już człowiek jest. Dlaczego postanowiłem jechać sam? Już z początkiem tygodnia wiedziałem, że będę miał w piątek bardzo dużo pracy. W busie z kolegami, mimo że działa prąd i jest w razie potrzeby możliwość, żeby naładować laptop, ciężko byłoby mi się skupić na robocie. Co tu kryć-po trasie panuje dość spory harmider i rozprężenie. M.in. dlatego też w takich chwilach, a niestety, zdarzają się one coraz  częściej, wolę uciec w ciszę niż w zabawę. Zwłaszcza po całym tygodniu szumu informacyjnego i jazgotu komórek. Dołóż do tego bracie i siostro małą Alę, co to piłuje prawie bezzębną szczenę co noc, i masz swoje farben lehre.

Spragniony ciszy i spokoju, w czwartek, w biurze, porezerwowałem bilety-do Rzeszowa i z Krakowa, bo do domu też mi się spieszy i nie lubię jechać busem sto godzin, rozwlekając podróż ponad miarę, żeby zaliczyć każdy kibel na każdej stacji. Na krakowski pociąg powrotny namówił mnie zresztą On. Dogodna godzina, jedynie 2 i pół godziny jazdy, bo to Pendo, a i cena jeszcze okazyjna do wyjęcia, bo jedynie 5 dyszek. Zakupiłem czem prędzej i sprzedałem zaraz cynę jemu, żeby się spieszył, bo pewnie ostatki rozdają w promo i za chwilę będzie drożej. No i tak sobie jedziemy. Taksówkę zamówiliśmy na za 10 szósta. Byliśmy kwadrans przed czasem. Już na peronie okazało się, że Pendo to wcale nie Pendo, tylko zwykły ekspres, ale my nie z tych co biegają z reklamacją. Za takie pieniądze można odżałować.

Do Rzeszowa jechałem też w towarzystwie. Kiedy odezwałem się do jednego z członków proletariatu Kult-turyści, żeby dopytać, jak się poruszać najwygodniej po mieście, gdyż on miejscowy, dowiedziałem się, że jeszcze przez najbliższy dzień bawi chłopiec w Barcelonie, ale już w piątek wraca do domu rodzinnego, dokładnie o tej samej porze i tym samym transportem co ja. W ogóle Paweł, bo o nim mowa,  to bardzo ciekawa postać. Facet dzieli swój czas pomiędzy co najmniej dwie pasje-Barcelonę i jej legendarny klub, oraz grupę na K. Dość powiedzieć, że w zeszłym tygodniu zaliczył koncerty w Poznaniu i w Gdyni, żeby wrócić do Warszawy, polecieć na mecz Barcy z City, sromotnie przegrany przez moich ulubieńców, i wrócić do Rzeszy na nasze wygłupy. Oczywiście, był też na koncercie także w Kraku, razem z resztą ferajny. Zawczasu pan Paweł ustawił się na rzeszowskim dworcu z innym kultturystą-Panem Pancernym, również moim serdecznym znajomy i kompanem od tatuaży u Gepasa. Z Pancernym mamy ponadto tę wspólną cechę, że obydwaj pochodzimy z Tomaszowa. Jeno że ja z tego na Roztoczu, a on na Mazowszu. I właśnie stamtąd, rejsowym Pekaesem, dotarł młody człowiek do Rzeszowa. Wyjechał po 7 rano, żeby o 13 być na miejscu i dla nas dwóch, którzyśmy dotarli na dworzec kwadrans na 13, zorganizować komitet powitalny. Zabrałem walizkę. Mało brakowało, a targałbym ze sobą jeszcze puzon. Doczytałem jednak regulamin przewoźnika, a tam stało, że każdy pasażer może mieć tylko jeden główny bagaż. Jak ma dwa, to niech się liczy z tym, że mu obsługa każe porzucić jeden z dwóch. Żadnej dodatkowej opłaty-jeden człowiek-jeden bagaż. Poprosiłem więc Zbycha, kierowcę technicznego busa, żeby przed załadunkiem gratów w Proxie przejechał jeszcze przez Żoli i pobrał instrumentarium, a że to dobry chłop, to się i zgodził bez oporów.

Tymczasem szliśmy sobie przez Rzeszów we trzech, wszyscy wymemłani nieco po podróży, a najbardziej Paweł, bo miał najdalej. Siąpiła dokuczliwa mżawka, ale nie było jakoś przesadnie zimno. Głodni byliśmy, a najbardziej ja. Przejedliśmy coś na szybko i rozstaliśmy się na przystanku. Ja pojechałem w stronę kompleksu hotelowo-klubowego, a chłopcy do Pawła na chatę-w przeciwną.

4 raz graliśmy pomarańczowy koncert w nowym miejscu u Roberta Wróbla. Znakiem tego, miejsce nie jest już do końca takie nowa, choć to co najmniej pół prawdy. Klub Lukr mieści się  na terenie dużego centrum handlowego. I tu, we właściwym Lukrze, był to nasz drugi występ. 3 lata temu, kiedy klub dopiero się otwierał, koncert miał miejsce w specjalnym namiocie, ustawionym na odsłoniętym patio handlowca. Zimno było tego dnia okrutnie, a pod brezentowym namiotem dawało się to odczuć w dwójnasób. Ludzie stali w kurtkach, mało kto się decydował na lżejszy strój. Z kolei 4 lata wstecz, na inaugurację, zagraliśmy w specjalnie zaadaptowanej na potrzeby występu ni to piwnicy, ni to magazynie, na poziomie parkingu. Przypuszczam, że teraz jest tam usytuowany jeden z wielu sklepów wielko lub dużo powierzchniowych.

Przejechałem autobusem linii 19 cztery przystanki. Wysiadłem i poczłapałem do hotelu, przyklejonego do obiektu. Robotę skończyłem już w autobusie, także w hotelu dosypiałem braki. Po godzinie, półtorej przyjechał bus. Zbudził mnie już rumor na korytarzu. Może i dobrze, bo zbliżała się godzina ciężkiej próby. Wcześniej, w knajpie u Roberta zjedliśmy obiad. Do dziś śnią mi się polędwiczki w czarownym winie, świetnie doprawione, dokładnie tak jak lubię. Myślę tak o nich z rozrzewnieniem, gdyż głód poczyna mnie chwytać w drodze, a w ramach rekompensaty za brak śniadania, dostaliśmy od hotelu krakowskiego w lanczboxie jogurt, jabłko śliwkę i mandarynkę. Na bogatości. W Rzeszowie zaliczyłem jeszcze wizytę na siłce hotelowej, bo co tu robić przez 2h, jak człowiek wyspany. Zaczynaliśmy bowiem reczital wyjątkowo później niż zwykle, a to z tego powodu, żeby nie hałasować, jak ludzie robią zakupy i przymierzają spodnie, bo jeszcze by przymierzyli źle.

Tego dnia, na koncercie, nie było z nami w Rzeszowie bramki. A może i szkoda. Podobno sporo było bójek w środku i na zewnątrz. Ja widziałem tylko jedną. Faktycznie, gdzieś w okolicach baru zaczęły latać pięści.  Nawet przerwaliśmy na chwilę grać, żeby miejscowa ochrona mogła sobie poradzić z krewkim kolesiem, a ten wcale nie chciał po dobroci opuścić wydarzenia.

Zagraliśmy naprawdę dobrze. Zleciał mi ten koncert bardzo szybko. Publiczność, jak to na wschodzie, serdeczna, żywiołowa i od pierwszych taktów rozedrgana w emocjach. I tak do samego końca, czyli przez jakieś 2.40 plus bisy. Klub nabity był po dach. Spodziewałem się tego, więc przezornie założyłem krótki outfit, i jak się miało później okazać-dobrze zrobiłem.

Po występie, na bakstegu, czyli u Wróbla Roberta w knajpie, przetrąciłem coś na szybko w ramach kolacji i popiłem soczkiem. Nie specjalnie miałem ochotę na coś innego. Tzn. może by i się ochota znalazła, ale wiedziałem, że rozsądnie będzie pospać w opór, zwłaszcza, że następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać po 12, w spokoju z rana zjeść śniadanie i bez miazmatów zagrać kolejnego dnia w Krakowie. Tak owoż zrobiłem. Pożegnałem  uściskiem szefostwo klubu i kolegów i udałem się na spoczynek. On dokazywał jeszcze jakiś czas z kolegami z sportującej nas grupy Atom, ale nie za długo, bo chłopcy i dziewczęta wracali jeszcze tego samego dnia, po nocy, do Kielc, skąd pochodzą.

Lało w sobotę w Rzeszowie niemiłosiernie. Jak chciałem, tak zrobiłem. Wyspałem się. Wyablucjonowałem. Przejadłem doskonały śniad z gofrem na deser. Dla zabicia czasu przeszedłem się po centrum handlowym za pastą do zębów i płynem do płukania ust, gdyż akurat mi się skończyły. Wyjechaliśmy punktualnie. Padało na wciąż. Dopiero przed Krakowem zaczęło się z lekka przecierać, żeby już w samym mieście przywitać nas miłym, jesiennym słońcem. Spaliśmy tuż przy klubie, vis-a-vis klubu sportowego Wanda, nie pierwszy zresztą raz.

Łaźnia Nowa, teatr, centrum kulturalne, to naprawdę fajne miejsce, w którym bardzo lubię grać. Bywa ona jednak kapryśna. Czasem gra się tam genialnie, a czasami coś nie stroi, coś dudni i idzie pod prąd. Tego dnia, na próbie, było dość mocno łazienkowo, znaczy niósł się niezły nojs. Ale już na koncercie, jak przyszli ludzie i wytłumili, przez znaczącą jego część było doskonale. Pod koniec, kiedy wzmacniacze kolegów gitarzystów tradycyjnie się rozkręciły (same?), na scenie było już bardzo głośno, a co za tym idzie-nieznośnie. Jednak, jak twierdzi Kajtek, na przodach wcale nie było tego słychać. I dobrze. My i nasze uszy to pół biedy, nawykłe i już i tak popsute, gorzej ci biedni ludzie z przodu sceny. A przyszło ich tego dnia naprawdę bardzo dużo. Nie pamiętam od dawna tak szczelnie wypełnionego koncertu w Krakowie. Zresztą, jak dotąd w innych miastach, cały czas notujemy albo soldałty albo almost soldałty-jak to możliwe, nie wiem do dziś.

No i sobie jedziemy, ja wyspany i On wyspany, gdyż znowu prowadziliśmy się dobrze. Ja jadę do domu, do moich dziewczyn, a On jedzie najpierw do mamy, żeby uprzątnąć swój pokój, a dopiero później wraca do Zielonki, 16.05. Ja dzisiaj o 17 przyjmuję jeszcze gości. Wcześniej muszę skoczyć do dużego sklepu, żeby się na ich przyjście nieco przygotować, a jeszcze wcześniej ponaklejać na rogi mebli i stołu takie specjalne, żelowe nakładki, bo mała Ala zdradza już chęć obijania dynią co ciekawszych punktów w mieszkaniu i trzeba jej wyjść na przeciw. Jak na razie pociąg jedzie zgodnie z planem. Mimo że zwykły ekspres, a nie Pendo. Ale za te pieniądze, nie ma co wybrzydzać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.