Trasa październikowa 2017 – Rzeszów/Bielsko-Biała

Właśnie ruszyliśmy do Torunia. Bus zapakowany do ostatniego miejsca. Dzień po urodzinach pana Janka. Sam solenizant w bardzo dobrej formie. Pięciodniówka koncertowa rządzi się bowiem swoimi prawami i nawet bez specjalnej okazji trzeba się w takiej sytuacji umieć odnaleźć. Ale zanim Toruń i Od Nova, słów kilka o Rzeszowie i Bielsku. Kilka.

Przyjechałem do Rzeszowa planowo. Wysiadłem z autokaru, zaszedłem na miejski autobus. 15 minut później byłem już pod centrum handlowym. A tam wszystko na miejscu; i hotel i klub i sklep pamiątkarski i stacja pod bokiem. Na stacji zakupiłem kawę i kanapkę, gdyż zgłodniałem. Zaszedłem do pokoju. Rozpakowałem rzeczy, popatrzyłem w internet. Zostały jeszcze 2 godziny do próby, także wykorzystałem ten czas i zaszedłem na siłownię hotelową celem konserwacji tężyzny fizycznej. Zrobiłem szybki, obwodowy trening. Uwinąłem się w 40 minut.

 

Próba poszła sprawnie. Odrobinę dłużej niż zwykle zajęło nam opięcie i nagłośnienie dęciaków, ale ostatecznie efekt był bardziej niż zadowalający. Przed nami suport grała Paulina, lub jak kto woli-The Pau-artystka, która sama z gitarą robi sztukę lepszą, niż niejedna pełnokrwista kapela; głos jak skrzyżowanie Katarzyny Nosowskiej i Pati Smith. Poznaliśmy się dawno temu, kiedy zagrała suport przed grupą Vespa we Wrocławiu i jak wspólnie ustaliliśmy, był to jej pierwszy koncert ever. Już wtedy zwróciła moja uwagę, bo grała mocno na gitarze, puszczała podkłady z ajfona i prezentowała się wybitnie  żywiołowo. Teraz gra jeszcze lepiej, nie wspominając już o tym, jak się prezentuje.

 

Zaczęliśmy koncert punktualnie. Publiczność w Rzeszowie rozentuzjazmowana i szczera i może dlatego tak bardzo lubię grać w tym mieście. Dołóż do tego życzliwość i perfekcyjną organizację Roberta Wróbla-właściciela klubu i masz komplet. Na początku wszystko szło jak na Rzeszów przystało-my gramy, ludzie się bawią, dobrze słychać i scena dobrze gada. Następuje przerwa na występ Janka Staszewskiego, która kończy się po paru minutach, na scenę wraca stary wokalista i…coś jakby siada. My gramy swoje, on śpiewa swoje, a ludzie słuchają, kręcą głowami, część się bawi ale druga część jakby nie dowierza; stoi słucha, tupię nóżką, albo po prostu idzie do baru. Dobijamy do bisów. Brawa, nie rzęsiste, ale zawsze jakieś. Bisy już jakby lepsze, ale wszystkiego nie załatwią. Dobrych humorów nie mamy. Wracamy do siebie. Spać. Odespać i zapomnieć.

 

Wyjazd do Bielska mamy późny. Ruszamy po 12. Jest czas na sen i na ćwiczenia fizyczne i na deser w galerii. Zjadam sernik chałwowy i popijam to wszystko zielonym koktajlem ze szpinaku i owoców. W busie specjalnie nie dokazujemy, oglądamy dwa odcinki Borewicza i docieramy na miejsce o czasie. Kładą nas w Szczyrku. W hotelu mrowie ludzi. Dopiero nazajutrz dowiaduję się, że akuratnie w tym samym czasie rozgrywane były w miasteczku zawody triatlonowe. Widok z okna mieliśmy doskonały. My w pokoju, w dachu świetlik, nad nami kolejka górska a w niej ludzie wjeżdżający na szczyt, żeby cieszyć się jesienią w górach, która w tym roku wyjątkowo się udała.

 

Nie nabyliśmy się i nie napawaliśmy się widokiem w hotelu za długo, bo trzeba było się spieszyć na próbę. Tej się bardzo obawiałem i koncertu tamże takoż, gdyż pamiętam klub Rudeboy z koncertu formacji El Dupa. Pamiętam, że było tam ciasno, duszno ale koncert wyszedł z czadem i energią. Niewiele się zmieniło w otoczeniu starym, kiedym spojrzał na anturaż w tym roku. Na scenie technika ustawiła nas, znaczy sekcję dętą, przed panem Jankiem a za Wojtkiem z gitarą. Musiałem się ostro nagimnastykować, żeby wymachiwać suwakiem, nikogo przy tym nie uszkadzając, a było to o tyle trudne ze Wojciech miał tego dnia wyrzut adrenaliny z dopaminą naraz-wszędzie było go pełno-i na scenie i na rękach publiczności, niesionego szwungiem naprawdę dobrego koncertu, mimo dość trudnych, jak na nas, warunków. Garderobę mieliśmy zaaranżowaną na górze klubu, co było na dzień dobry miłym zaskoczeniem, gdyż mała klitka obok głównej sceny, która pamiętałem z dawnych lat, nie nastrajała pozytywnie. W garderobie zimne przekąski hendmejdowe, naprawdę wybornej jakości i świeżości, szczególnie wegański smalec i pasztet- wyśmienite. Przed występem Kasia Zaremba, fotografka ze Śląska, zrobiła nam okazjonalne zdjęcia-portrety, które chce zestawić z podobnymi tego typu i ujęcia sprzed kilku lat, czego już teraz się obawiam, bo komparatystyka owa może być dla mnie/dla nas nie do pozazdroszczenia.

 

Zagraliśmy tego dnia w Bielsku naprawdę fajny koncert; trochę taki szalony i narwany, momentami wręcz śmieszny, ale dobry. Klub zabity był po dach i niski strop, ale ludziom, przynajmniej w moim odczuciu, jakoś strasznie to nie przeszkadzało. Bawili się. My im w tym  nie my.

 

Wróciliśmy umęczeni do hotelu. Wypiliśmy nasennie, ja i On, co nie bądź w hotelowej restauracji-dyskotece, a że wyglądaliśmy dość mało dyskotekowo, bramkarz miał poważne zmartwienie, czy aby na pewno może nas wpuścić do środka. Ostatecznie uległ, ale nie zabawiliśmy na parkiecie za długo. Wychyliliśmy co nasze, i poszliśmy spać. Ok. 2 po północy. W dużo lepszych humorach niż po Rzeszowie. Zasnęliśmy sprawiedliwie…

8 odpowiedzi do “Trasa październikowa 2017 – Rzeszów/Bielsko-Biała”

  1. Janek śpiewa trochę niewyraźnie i jest jakby z innej bajki muzycznej. Faktem jest, że taki Niejeden albo JHWH do publiki dociera tylko i wyłącznie, gdy płynie z ust Kazika, a nie z ojcowego upoważnienia. Ja od samego początku nie rozumiem tych wszystkich manewrów z Jankiem i czemu to służy? Grupa to powinna wprowadzić do porządku najbliższych obrad. Janek prywatnie zdaje się fajnym facetem, co niekoniecznie musi się łoznaczać, że takimż będzie na scenie. Mówisz Janek – myślisz, przerwa na fajkę. Natomiast to, co napisał Jarek o samym Bielsku, to szczera prawda. Ciasno, tłoczno ale energetycznie. To tworzyło klimat do bardziej bezpośredniej interakcji z publiką – bo to tak, jakby sami swoi byli, co w pełni skonsumował był Wojtek Jabłoński. Ba, on nawet zassał z małpki od fana, co jak dla mnie było uczuciem: Kult – publika, jedna sprawa. Razem gramy, razem napijamy. Brak strefy buforowej, fosy, sprzyjał większej integracji i takowoż spoufalaniu. Ten koncert uznaję za jeden z najbardziej wybitnych w ostatnim planie 6-letnim. PS. Blog Jarka czyta się smakowicie, a nawet żarłocznie. Zbieraj Jarku materiał na przyszłą książkę, kompletuj zdjęcia. Pióro posiadasz lekkie, a cymesowe.

  2. Kaziowi potrzebne są przerwy, dlatego wchodzi Janusz, ot co. Na pewno nie dlatego, że to światowej klasy baryton, który nie może się wybić No i te przerwy nie zawsze pomagają…

  3. Podpisuję się pod poprzednimi wpisami. Janek obrzydza mi jeden z moich ulubionych utworów. Niejeden w jego wykonaniu jest po prostu słaby. Rozumiem, że Kazik próbuje pomóc synowi bo Janusz ma problem sam się przebić ale ja płacę za bilet na Kult z Kazikiem na wokalu. Janusz jest dorosły i chyba ma świadomość, że swoim ojcem się nie stanie bo talentu trochę brak. Miejcie odwagę zasugerować to liderów, może ‚nie zabije’ 🙂

  4. Tak jak nie lubię jak Polskę czy Krew Boga kaleczy ochrona, tak samo nie lubię jak kaleczy Janusz.
    No i się powtórzę – zastanawia mnie czy zespół tego nie widzi/słyszy, czy nie chce widzieć/słyszeć 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.