Krynica i Kraków-pierwszy anplakt 2017

Jak jedziemy busem przez góry, to zawsze boli mnie głowa. Teraz też mnie boli, bo mijamy Nowy Sącz. I to bynajmniej nie kac, jeno różnica ciśnień. Wczoraj, po dwumiesięcznej przerwie, zagraliśmy koncert w Krynicy Górskiej. Fajny koncert. Trochę taki dziwny, bo na próbie czuć było głód piłki, a już na koncercie szło momentami lekko pod górę. Może dlatego, że publiczność mocno mieszana, a przez to, trudna do uchwycenia w interakcji. Kuracjusze z hoteli i domów wczasowych, narciarze, przyjezdni-nie bardzo wiedzieliśmy, jak się za nich zabrać. Ale chyba znaleźliśmy wspólny język, bo zagraliśmy normalny, 3-godzinny set i nikt nas nie przegonił.

2 lata temu też graliśmy w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Kazik dostał wtedy sraczki i skończyliśmy wcześniej. Ja grałem wówczas po raz pierwszy z aparatem na zębach i cierpiałem z bólu. Wczoraj nie miałem już aparatu. Miałem za to za sobą sporo prób i intensywnego grania przez cały styczeń, dzięki czemu grało mi się przyjemnie lekko. I to nawet wbrew naturze, gdyż dzień przed wyjazdem zachorzałem na gardło. W nocy zawaliło mi jeszcze nos. A z zatkanym nochalem, trudno dmuchać w trąbkę. Ale podołałem. Napsikałem sobie do nosa specyfik, i się odetkał. Poprawiłem witaminami w dużej ilości i lekiem na przeziębienie, a że obydwa medykamenty posiadały w sobie pseudoefedrynę, to miałem fajną podkrętkę, mimo że spałem poprzedniej nocy niecałe 5 godzin. Tego dnia, z rana nagrywałem program, potem próbowaliśmy się w Proxie do 17, a po 22 jeździłem po mieście, rozwożąc fanty po znajomych. Następnego dnia Ala z Joanną i resztą kolegów wyjeżdżały na zimowisko w Bieszczady i trzeba było umiejętnie rozłożyć cały staf po autach koleżeństwa. Ok.23 przyjechałem do domu. Dopakowałem sprzęt. Skończyliśmy z Joanną „Belfra”. Ala spała bez rozbeczki. Położyłem się przed pierwszą. Nastawiłem budzik na 6.07. W międzyczasie, w nocy, przebudziłem się na siku i na smarkanie. Źle spałem. Poranek rozpocząłem od włączenia komputera. Zaparzyłem kawę. Zacząłem grzebać w niusach i przygotowywać codzienny przegląd. Wyszedłem z chaty na tramwaj o 7.20. Na 8 mieliśmy zarządzoną zbiórkę pod domem Grudy. Mimo kiepskiej nocy i choroby, całkiem nieźle się trzymałem. Zacząłem pracować zaraz za Warszawą. Pisać, przeklejać, poprawiać, recenzować.

W drodze do Krynicy zdążyliśmy obejrzeć dwa filmy. Zgarnąłem je, wychodząc z domu. Filmy zabrałem, a już tabletek na gardło i chusteczek higienicznych zapomniałem. Zarobił za to Orlen.

Wiem skąd ta choroba. Z zarazków i wirusów powiecie. Oczywiście, to też. Ale u mnie to półprawdy. Jeszcze do niedawna miałem całkiem niezłą odporność. Raz w roku przechorowywałem zmianę pogody, zwykle gdzieś tak na przełomie września i października, i to zazwyczaj po szczepionce na grypę, com ją dostawał od pracodawcy w ramach pakietu za starych, dobrych czasów, jak była na to kasa. I był spokój do kolejnego przesilenia. Teraz, kiedy już jestem trochę starszy, dużo lepiej się prowadzę, lektury mam trochę mądrzejsze, a na domiar złego-dużo więcej obowiązków z którymi sam nie wiem, jak się obrabiam, przypłacam to wszystko spadkiem odporności. I nie ma zmiłuj, że się poszanuję. Zakładam czapkę, ciepłe buty. Tydzień, dwa gonitwy i wystarczy byle wirusik, żeby mnie rozłożyć. Zląkłem się więc, bo padło akurat na dzień przed koncertami. Ale tak coś czułem po sobie, że Bóg wie co to to nie będzie. I zaiste, nie myliłem się.

W drodze do Krynicy gardło odpuściło-został tylko katar. Na to miałem zawiesinę z efedryną. Napsiukałem jej ponad miarę w każdą dziurę i dzięki temu ogarnąłem i robotę i obejrzałem pierwszy film, od początku do końca. Pitbull-Nowe porządki. Ogólnie bardzo średni, z paroma humorystycznymi momentami. Drugiego filmu nie dooglądałem. Usnąłem pod koniec. Trochę zanudziła mnie fabuła, po której czegoś więcej się spodziewałem, a trochę dopadało zmęczenie. Słynny eksperyment profesora Zimbardo z więźniami i strażnikami. Zbudziłem się kilkanaście kilometrów od celu. Miasto nabite do granic możliwości turystami i samochodami. Korki jak na Marszałkowskiej. Żeby pogłębić feryjną atmosferę, akurat tego dnia przyszła odwilż. Czarny śnieg na poboczach, plucha, nic tylko spacerować i zajadać oscypki. Położono nas w hotelu, tym samym, co 2 lata temu. Wszystko elegancko, pod turystę z dużego miasta, z pieniędzmi i wymaganiami. Samo miejsce jednak rozrzucone na ogromnej połaci. Przy meldowaniu się, recepcjonista wręcza mapkę, żeby się nie zgubić. Oczywiście i tak się zgubiliśmy. Na szczęście w porę pojęliśmy, gdzie popełniliśmy błąd. Inni koledzy nie zawsze mieli tyle szczęścia. Poleżeliśmy pół godziny na łóżkach, i zaraz trzeba się było zawijać na próbę, do Pijalni Głównej. Po powrocie na pokoje, zeszliśmy na proszony obiad. Potem chwilę poleżeliśmy, żeby się wszystko ułożyło. Jak się ułożyło, to jeszcze chwilę poćwiczyłem na takim kółku, co to się za jego pomocą człowiek gnie jak kot i prostuje niczym struna, i nim się obejrzałem, trzeba było się zbierać na koncert właściwy.

Pierwszy koncert po kilkumiesięcznej przerwie poszedł bardzo sprawnie. Zazwyczaj mam sporo obaw po tak długim rozbracie ze sceną, i to głównie o siebie, bo ten czas pomiędzy końcem październikowej a początkiem anplaktów, to zwykle okres roztrenowania i spadku formy. Trochę to zajmuje, żeby wrócić do normalnej, pełnej dyspozycji. Tym razem jednak, dzięki pracowitemu styczniowi z formą nie miałem najmniejszych kłopotów. Przed Zacieraliami zafundowaliśmy sobie z Jankiem Zdunkiem tydzień intensywnego grania prób i to na dodatek, z nowym, ambitnym repertuarem. Później mini-tour eldupowy, a po nich próby przed pierwszym anplaktem, które, z przerwami, rozpoczęliśmy już 3 stycznia. Miałem więc prawie codziennie kontakt z instrumentem i widzę, że taki reżim w sali prób dużo więcej mi daje, niż indywidualne ćwiczenie samemu w domu. Bo to i fajniej i milej grać muzykę wspólnie, a nie do znudzenia dmuchać w rurę gamy i pasaże.

W Krynicy zagraliśmy pełen 30-utworowy set plus standardowe bisy, co dało czasówkę 3 godziny bez pięciu minut. Zabawa od początku do końca. Przewidywalnie i standardowo? Może, ale my już chyba nie musimy się silić na to, żeby komuś coś udowadniać albo na siłę coś zmieniać. Naszą siłą jest to, że w 3-godzinnym repertuarze, każdy znajdzie coś co lubi. Zresztą, to że ludzie przyszli i zapłacili za bilety, choć mogli zostać w ciepłych pensjonatach i grać w statki, wystawia nam całkiem dobrą rekomendację. Tak myślę.

Po występie zeszła ze mnie adrenalina a uaktywniło się choróbsko. Przyszło zmęczenie, zaczęły piec oczy, poczęły szarpać dreszcze. Nieznacznie, ale zawsze. Miałem już tylko ochotę na to, żeby jak najszybciej wrócić do hotelu, położyć się do łóżka i napić przed snem odrobinę czegoś dobrego. On miał podobne marzenie. Po drodze, w sklepie nocnym, zrobiliśmy przystanek. Kupiliśmy po 200 gram balantyny i kolę, i czuł Jarek i Jerzyk że to było dobre. Koledzy pokój obok nie dawali za wygraną i wydzwaniali, żeby wpaść na chwilę, więc, koniec końców przyszedłem na 5 minut, przywitałem się z imprezowym towarzystwem i…wróciłem do siebie, do pieleszy. Leżeliśmy jeszcze kwadrans w swoich łóżeczkach gapiąc się na mecz rugby. Ja odpadłem i usnąłem, a On oglądał jeszcze pomeczowe studio.

Następnego dnia, po śniadaniu, skorzystałem z wolnej godziny i poszedłem poćwiczyć na hotelowej siłce. Potem szybki szałer i do busa. Wyjeżdżaliśmy do Krakowa o 12. Po 15 byliśmy na miejscu. Miasto spowite mgłą i smogiem. Nie wiadomo, czego było więcej. Zakwaterowani byliśmy w tym samy hotelu co zwykle, na ulicy Syrokomli-200 metrów od kina Kijów, w którym anplakt miał się tego dnia odbyć. I odbył się oczywiście, ale zanim do tego doszło, mój i Jego związek, co do którego wszyscy myślą, że jest tylko tajemnicą poliszynela, został wystawiony na poważną próbę. Wysiedliśmy z busa, podchodzimy do recepcji hotelowej. Ja się przedstawiam, mówię że z grupy Kult, pani sprawdza i mówi nam, że owszem jest pan Ważny, jest pan On, ale nie wiadomo dlaczego, mamy pokój z jednym łóżkiem małżeńskim, i nie wie czemu tak jest, i jak chcemy, to może nam zamienić. Na to koledzy się śmiać zaczęli, że po co, że oni, czyli my, to znane pedały, i tylko dla niepoznaki mają osobne łóżka, i żeby im nie zamieniać. Mimo wszystko, poprosiliśmy jednak o zamianę, a pani znowu na to, że i tak nie zamieni, bo ma komplet i że może później, jak się coś zwolni. W pokoju niewłaściwym okazało się, że dostaliśmy w klasyczną jedynkę-z jedną kołdrą, jedną wodą, jednym kluczem, i że tak być nie może, bo parę razy spaliśmy w takich niby to osobnych, jednak połączonych wyrach, ale były przynajmniej dwie kołdry, a tak, w ten ziąb, byłaby szansa że będziemy sobie wydzierać, a wtedy ja się nie doleczę, On się rozchoruje i po co to komu. Poszedł więc dzielnie On na dół na interwencję. Wrócił z tarczą. Dostaliśmy normalną dwójkę w innym skrzydle budynku.

Na próbę wyszliśmy po 16. Technika zapinała jeszcze graty, takoż korzystając z wolnej chwili przejedliśmy obiad. Ja połasiłem się na przepyszne wegańskie curry z tofu. Naprawdę, dawno nie jadłem tak dobrze doprawionego żarcia. Oprócz naszej bandy, do Krakowa dotarły pociągiem doktory-znaczy się Yry i Zacier. Na sam ich widok od razu się ucieszyłem. Próba, jak to przy anpalktach , przeciągała się. Oprócz co bardziej niepewnych fragmentów kultowych numerów, przegrywamy bowiem wtedy także numery z gośćmi, a te, na pierwszych koncertach, wychodzą zwykle trochę na macanego. I zaiste, tak było i w Kraku. Pierwszy śpiewał Yry, i mimo że technicznie jego minireczital jest najmniej wymagający i najkrótszy, to nastręczył tego dnia najwięcej kłopotów. Ogólnie towarzyszyło mi jakieś przemożne wrażenie, że co niektórych kolegów paraliżuje niepotrzebny stres. Że początek był fajny i obiecujący, a im dalej w las, tym robiło się bardziej chybotliwie. Wyprowadzili mnie jednak z tego błędnego myślenia słuchacze, którzy podkreślali, że koncert dobry się nam udał. I nikt specjalnie nie kadził. Czuć było, że ci ludzie to mówią, bo faktycznie tak czują. I o ile miałem jeszcze wątpliwości na początku, bo to dość dziwne, nawet jak na Kraków, że publika siedzi na swoich miejscach, o tyle już końcówka była zupełnie na stojąco. Czułem, że jak by się dało, to popłynęli by wcześniej, ale przed reczitalem, dwa słowa do zgromadzanych wygłosił Goomi, prosząc o to, żeby nie wdzierać się od razu pod scenę, bo trochę to utrudnia odbiór pierwszym rzędom.

Po koncercie chwilę zabawialiśmy w garderobie. Przyszło parę znajomych twarzy, m.in. Leszek Gnoiński, który przyniósł miłą informację w sprawie filmu o kapeli, co to dwa lata temu począł być realizowany. Wróciliśmy do hotelu. Na dole, w lobby barze, czekała już brać Kult-turystyczna. Zeszliśmy, ja i On, żeby się przywitać i chwilę odsapnąć po występie, dosłownie na jedno piwo, ale jakoś tak od słowa do słowa, i zrobiła się normalna, regularna impreza. W międzyczasie dołączyli doktor Mirek i dr Yry. Bar był czynny do pierwszej, ale nawet jak się zamknął, to w niczym to nam nie przeszkadzało. Naprawdę, bardzo miły bankiecik żeśmy sobie zorganizowali z niczego. Co rusz ktoś dochodził, ktoś znikał na chwilę, żeby pójść na pobliską stację, jeden z kolegów z Rzeszowa miał po północy urodziny, także sami wiecie. Do północy swoje pierwsze urodziny obchodziła moja mała córeczka. Taki to już los mój smutny, że na pierwsze urodziny, pewnie niejedyne zresztą, tato Jarek zaliczył od razu rozłąkowe. Dokładnie rok wcześniej skończyłem nagrywać płytę Wstyd. Ala urodziła się parę godzin później.

Następnego dnia wstaliśmy o własnych siłach. Nawet bez specjalnych miazmatów. Wyjątkowo, wracaliśmy busem razem. On chciał po drodze zajechać do lutnika pod Tarczynem, żeby obstalować sobie nową gitarę, którą nabył, ale lutnik był wierzący i w niedzielę nie podjął współpracy. Tak czy siak, do Warszawy musiał i tak się udać. Wyjątkowo zaszczycił nas też w busie sam piosenkarz, ale wspólnie uznaliśmy, że ostatni raz z nami jedzie, bo tylko narzeka że długo, choć początkowo mu się podobało. Ruszyliśmy z Krakowa po 11. Zabawa z bankietu była kontynuowana. Ja i On jednak twardo oponowaliśmy, kiedy ktoś nas chciał czymś co rusz częstować. Miałem tego dnia w planach jeszcze jazdę autem. Zeszło się faktycznie bardzo długo, bo w Warszawie byliśmy po 17. Niemniej, było momentami zabawnie. Doktor Mirek miał ze sobą swój pamiętnik który pisał już jako dorosły mężczyzna w 1992. Czytaliśmy wspólnie jego memuary, zaśmiewając się przy tym do łez.

Wróciłem do pustego domu. Nastawiłem herbatę, podkręciłem grzejniki. Przejmująco zimno było tego dnia w mieście stołecznym, jeszcze nie powiększonym. Rozpakowałem walizkę, pojechałem po paczkę do paczkomatu przy pl. Wilsona i do czercza św. S. Kostki na 21. Po 22 chciałem dokończyć ten text, ale już nie miałem siły. Dziś to robię, dziś czyli w poniedziałek. Zły jestem sam na siebie, bo mimo że mam siebie tylko dla siebie przez najbliższe dwa dni, to wciąż mam za mało czasu, żeby z wszystkim zdążyć i się nie spieszyć. Kiedyś chyba trzeba będzie wrzucić na luz. Ale jeszcze nie teraz. Jutro też nagrywam program, potem mam planach wizytę w Proximie żeby odebrać puzon, o wizycie w biurze pracodawcy nie wspominając. A na wieczór SP wysyła mnie w delegacji na galę Empiku. Jak coś dostaniemy, trzeba będzie się wygłupić i palnąć jakąś mowę. Najwyżej będę improwizował…

10 odpowiedzi do “Krynica i Kraków-pierwszy anplakt 2017”

  1. Witam. Mam pytanie mam takie techniczne. Jaka jest szansa na to abyś Ty Jarku mógł ogarnąć waltornię?. Chodzi mi o to aby na koncertach móc kilka starych kawałków nie tyle odświeżyć co przywrócić im pierwotne brzmienie. Mówią że z trąbką jak z kobietą, wystarczy mocno chwycić i dmuchać. Może z waltornią też tak jest Co o tym sądzisz?. Pozdrawiam serdecznie z wyrazami pełnego szacunku.

    1. Widzi Pan, może jakbym się uparł, żeby się nauczyć, to bym i przyswoił w stopniu pozwalającym na odegranie starych partii, ale po pierwsze źle bym się czuł, kopiując dosłownie grę kolegi, który grał przede mną, on podejrzewam też, kiedy by słyszał, jak próbuję podrobic oryginał. A po wtóre, założyliśmy, że nowy etap który rozpoczęliśmy wspólnie z kolegami 8 lat temu, to rzecz nowa również w brzmieniu. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim to nowe otwarcie musi się podobać i że sentyment do starego zostaje, ale na to już nic nie poradzę. Mogę jedynie poradzić, żeby wracać do starych nagrań-tyle i aż tyle…

      1. Po pierwsze primo. Dziękuję bardzo za odpowiedź. Po drugie primo to jeżeli te partie były wymyślone, współtworzone przez poprzednika to faktycznie temat zamknięty.
        Na marginesie. Nowa aranżacja wcale nie jest gorsza. Jest inna.
        Pozdrawiam serdecznie. Zdrowia życzę.

  2. Jarek bardzo mnie zaintrygował pamiętnik Zaciera. Zapytaj doktora czy nie chciałby opublikować co ciekawszych fragmentów

  3. Jarek, szepnij coś więcej o tym projekcie filmowym. Rozumiem że jakiś dokument ma powstać (? )
    Świetna sprawa, jak dla mnie.
    Na jakim to jest etapie generalnie?

    1. Niestety, tajemnica handlowa…chyba. Zapytam, czy mogę uchylić większy rąbek, a jak dostanę zgodę, to to zrobię…

      1. Dobrze, podsumujmy więc, co wiemy do tej pory.
        – Pierwsze wiadomości, mówiące o tym, ze coś się szykuje w tym temacie pojawiło się w 2015 roku podczas rozstrzygnięcia konkurs projektu Bydgoskiej Tożsamości Filmowej na produkcję filmową., gdzie wśród 8 realizowanych projektów będzie dokument o zespole Kult.
        – Produkcją zajmuje się Dom Filmowy Filmicon z Gdańska.
        – Na tą chwilę Filmicon robi dwa projekty. Jeden to fabuła
        w reżyserii Filipa Bajona. Drugi to pełnometrażowy dokument o Kulcie.
        – Zdjęcia mają obejmować zapis 15 jubileuszowej trasy koncertowej, oraz rozmowy z członkami zespołu.
        – Premiera pod koniec 2017 roku.
        ….
        Jarek, jak tylko dostaniesz zielone światło na dzielenie się z nami kolejnymi informacjami, to poprosimy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.