Trasa październikowa 2017 – Wawa2-Białystok-3miasto

Siedzę sobie w pustym mieszkaniu. Niedawno zamknąłem drzwi za drugą parą heloweenowych przebierańców. Nie byłem przygotowany na takie najścia, dlatego pierwszym dwóm dziewczynkom wydałem paczkę jednorazowych płatków śniadaniowych a tym sprzed sekundy, ofiarowałem jogurt, bo nic ciekawszego nie miałem pod ręką.

Wczoraj wróciłem busem do domu. Po 3 dniach fenomenalnych występów i jeszcze lepszej zabawy w najlepszym, możliwym gronie. Może dlatego jestem dziś lekko nieswój, ale wpisuję to w bilans strat, które mimo swoich dokuczliwości są na szczęście dużo mniejsze niż zyski. Tych bowiem przecenić się nie da. Zaczęliśmy w piątek, w moje urodziny, zakończyliśmy w niedzielę-zdobyciem Trójmiasta i jednym z najlepszych koncertów ever, od kiedy wspólnie gramy. Tak się jakoś to wszystko dobrze układa, że nie pamiętam tak udanej trasy. A zaczęło się średnio, rzekłbym nawet tak sobie-przynajmniej dla mnie.

 

W wigilię moich 35 urodzin, 26 października, grałem próbę z Jankiem Zdunkiem i Kazikiem, ponieważ szykujemy się, lub raczej to bardziej oni się szykują, a ja wraz z grupka kolegów muzyków wspomagam, do spłodzenia ciekawego wydawnictwa, o którym jeszcze przyjdzie czas napisać. Po próbie poszliśmy z małżonką na kolację a po niej, na koncert do Filharmonii. Nazajutrz, 27 października, w dzień moich urodzin, dostałem od swoich etatowych pracodawców propozycję nie do odrzucenia; w związku z rosnącymi kosztami oraz szukaniem oszczędności, zaproponowano mi nowe warunki, których przyjąć w żaden sposób nie mogłem. Tym samym, po 12 latach, skończyła się moja przygoda z firmą, w której począłem pracować jeszcze na studiach. Nie powiem, trochę się tego spodziewałem, mało tego, sam wiele razy chciałem rzucić tę robotę, gdyż nie przynosiła mi ona zbyt wiele satysfakcji a i pieniędzy nie było z tego bardzo dużo. Niemniej, trzymał mnie przy sterze duch miejsca, bo już ludzi ze starej kadry, gdym się tam najmował, zostało niewielu-tak czy inaczej-nieco mnie ta wiadomość przygnębiła i gdybym był bardziej sentymentalny, może bym się nawet i rozkleił; na szczęście już dawno pozbyłem się sentymentów względem branży, takoż nie pozostało mi nic innego, jak…wyjść z małą Alą na spacer, na huśtawki. Przegonił nas deszcz, bo pogoda była tego dnia bardzo kapryśna.

 

Postanowiłem pojechać na próbę metrem-w piątkowe popołudnie, przy deszczowej aurze, to w Warszawie najszybszy sposób na przemieszczanie się. Dotarłem do Stodoły chwilę po 15. Większość kolegów była już na miejscu i kończyła posiłek. Przyjąłem całą garść życzeń i gratulacji, co było bardzo miłe, zwłaszcza po anty-prezencie od niedawnych pracodawców. Po próbie czmychnąłem z powrotem do podziemi i mozolnie, acz konsekwentnie do przodu, dotarłem na Żoliborz. W domu przywitała mnie mała Ala, która wraz z Joanną wydeklamowały wiązankę życzeń i wręczyły mi tort, który to z kolei zawiozłem do Stodoły, dla kolegów i zaproszonych gości. A tyć tego dnia nie brakowało. Nie zabrakło też publiczności, bo koncert znowu okazał się być wyprzedany. A i nam nie zabrakło też tego dnia energii, bo zagraliśmy lepiej niż za pierwszym, stodolanym razem. W połowie występu spotkała mnie miła niespodzianka-koledzy ze sceny złożyli mi życzenia przy chóralnym akompaniamencie Sto lat, które popłynęło od zgromadzonych na koncercie słuchaczy; dostałem też miły i praktyczny prezent-kruczoczarną perukę, a laudację na moją cześć wygłosił nie kto inny, tylko On sam. Naprawdę, bardzo się wzruszyłem i umocniłem wewnętrznie po tym wydarzeniu, bo przy takim audytorium i takich kolegach niewiele więcej człowiekowi potrzeba do pełni szczęścia.

 

Po koncercie zapakowałem do auta Joannę i kolegę Rafała, którego podrzuciłem na przystanek po drodze. Odwiozłem do metra panią Olę, opiekunkę małej Ali i wróciłem do siebie. Nazajutrz, z samego rana, zawiozłem obie dziewczyny na dworzec kolejowy, skąd pojechały dalej, na wschód południowy. Ja sam wróciłem do domu i począłem się pakować na wyjazd na wschód północny-w sobotę mieliśmy zagrać w Białymstoku. Wyjazd zarządzono na późną godzinę, ale z powodu tego, że wcześniej nie zdołałem przygotować walizki, zabrałem się za to po powrocie z Centralnego. Ok. 12 bus podjechał pod mój dom, a później, to już standard po trasie-najpierw korek w Markach, objeżdżany prawie przez Kobyłkę, a później odbitka na Łochów, Brok i opłotkami-docieramy na styk do Białegostoku. Gramy koncert w ramach granicznego festiwalu Partyzant Rock organizowanego przez stołeczną Progresję. Koncert na tafli lodowiska. Na miejscu okazuje się, że lodowisko jest prawdziwie lodowate. Pod płytami izolacyjnymi zalega lód, do tego temperatura na zewnętrzu nie przekracza 5 stopni. Coś nie mamy szczęścia do tego Białegostoku na trasie październikowej, jak nie Hala Mięsna, wyziębiona od lat, to lodowisko u progu sezonu.

 

Wychodzimy na scenę w kurtkach i bluzach-zarówno na próbę, jak i na koncert. Ludzi sporo, ale nie ma kompletu-o to zresztą trudno, hala jest spora, zimno jak cholera, publiczność też w okryciach wierzchnich. Do tego, paręset metrów dalej, w klubie Gwint, koncert grają zaprzyjaźnione grupy Analogs i Zielone Żabki.

 

Koncert idzie dobrze, ale bez szału, bo ciężko się rozgrzać. Instrument-zimna blacha, przykładany i odkładany do i od szyi, działa jak sopel lodu wrzucony za koszulę. Ni jak nie idzie się do tego przyzwyczaić. Urywamy więc jeden lub dwa kawałki z zasadniczego seta, bo z każdą minutą walka jest coraz cięższa. Kończymy ok.23.  Tuż po naszym występie, wiezieni autem przez Witkacego, miejscowego załoganta, docieramy na końcówkę koncertu Żabek, tzn. docieramy ja i On. Większość kolegów z grupy na K. udaje się na tradycyjną, późna kolację do państwa N. My tymczasem, ja i On, dokazujemy jeszcze chwilę w klubie. W garderobie przybijamy piątki ze szczecińskimi kolegami i rozjeżdżamy się do hotelu, bo nocujemy w tym samym miejscu. Tam kontynuujemy zabawę w podgrupach, już we własnym sosie, a ta przeciąga nam się niestety do późna. Na szczęście tej nocy czas letni zastępuje czas zimowy, dzięki czemu możemy pospać o godzinę dłużej.

 

Do Gdyni ruszamy wcześnie, chwilę po ósmej, gdyż droga jest długa, kręta i wyboista. Po drodze odsypiamy braki i zatrzymujemy się na obiad pod Elblągiem. Knajpę wynajduje Rysiek. Dzwoni z trasy i zamawia dla chętnych doskonałe, świeże okonki. Kiedy przyjeżdżamy, dania wjeżdżają od razu na stół, dzięki czemu wszystko idzie sprawnie i co najważniejsze-smacznie.

 

W Gdyni, w hali widowiskowej, opędzamy próbę raz-dwa i uciekamy do hotelu. Tam, oczywiście, idziemy na chwilę podrzemać a po drzemce, oddać się ablucjom. Pogoda w tym czasie psuje się na dobre. Hula wiatr, pada grad, ziąb okrutny. I mimo tego wszystkiego, w gdyńskiej hali, mnóstwo ludzi, nie wiem dokładnie ile, ale bardzo dużo-i na trybunach i na płycie. Bardzo lubię tę gdyńską halę, bo jest dobrze pomyślana pod względem akustyki; nie ma w niej grama łazienki, dzięki czemu gra się tam fenomenalnie, zwłaszcza dla rozentuzjazmowanego tłumu, z którym idzie nam się z mierzyć w niedzielę. Choć może zmierzyć się, to nie jest odpowiednie słowo. My po prostu razem ze sobą współgramy-do jednej bramki i to od początku do końca. Nie ma w tym koncercie słabszych momentów, wszystko idzie szybko i sprawnie; dużo w nim powietrza i świeżości; my sami nakręcamy się z każdą piosenką, publiczność oddaje nam nasz entuzjazm w sprzężeniu zwrotnym. Gramy najlepszy w tej trasie koncert, pod każdym względem: energii, poprawności, właściwej interpretacji, dramaturgii widowiska; koncert kompletny. Kosztuje nas to sporo energii, ale wrażenia po występie mamy podobne-im więcej takich koncertów, tym więcej nas…

 

W najbliższy piątek gramy we Wrocławiu. Tak się składa, że dzień wcześniej, 02.11, we Wrocławiu zagrają na jednej scenie koledzy z Booze&Glory i grupy Analogs. Nie mogło by nas tram zabraknąć, w sensie mnie i Jego. Do wycieczki zapisał się jeszcze mój brat, mecenas Bongo z Poznania i kolega Ptaszek z Rzeszowa. Ruszamy pociągiem z Warszawy, chwilę po 10. Wcześniej muszę odstawić auto do wymiany opon, bo później może być już za późno. Jutro z kolei chcę pójść na Stare Powązki. Zostaję na Wszystkich Świętych sam w pustym mieszkaniu. Nadrobię braki w śnie, będę spał w opór, może nawet jeszcze coś napiszę…

Jedna odpowiedź do “Trasa październikowa 2017 – Wawa2-Białystok-3miasto”

  1. Koncert zaiste wzorcowy. Do tego jeszcze stałem się szczęśliwym posiadaczem koszulki Kazimierza z podpisem odręcznem. Proszę przekazać podziękowania od wiernego bo już od 30 lat słuchacza , oglądacza i czytacza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.