Wadowice i Zacieralia

Strasznie męczący był ten tydzień, co właśnie mija. Ledwie kurz opadł po wadowickim reczitau, rozpoczęły się próby przed Zacieraliami, a zaraz po nich seria kultowych bezpradowych spotkań przed nowa trasa anplakt, która w tym roku wypada wyjątkowo wcześniej. W międzyczasie kraj pogrążył się w żałobie i do tej pory nie potrafi dojść do siebie, po tym co się wydarzyło podczas finału WOŚP w Gdańsku, co mnie wcale nie dziwi, ale po kolei...

Półtora miesiąca rozbratu z kapela upłynęło mi na nabieraniu sił i kilogramów. Nabierałem też doświadczenia w pracy naukowej; konstruowałem kolejny temat referatu, zbierałem materiały. Później przyszły święta, krótkotrwały pobyt na wschodzie i powrót na Sylwestra do domu, z którego nigdzie się nie ruszyłem i było mi z tym bardzo dobrze.

5 stycznia mieliśmy zaplanowany koncert w Wadowicach. Nie wiedzieć czemu, zainteresowanie tymże przerosło nasze oczekiwania, które na początku roku nie były jakoś mocno wygórowane. Bilety, nie najtańsze, wyprzedały się na pniu. Dzień przed koncertem zebraliśmy się na próbie w Warszawie. Zagraliśmy głównie anplaktowy materiał, wzbogacony kilkoma szlagwortami z prądem. Zresztą, mało brakowało, żeby koncert wadowicki w ogóle się nie odbył. Na gwiazdkę, pod choinkę, Pan Janek dostał w prezencie komplet noży z damasceńskiej stali, ostrych jak brzytwa. Chciał od razu, bidulek, wypróbować jak działają, ale uczynił to na tyle niefortunnie, że jeden z nich wylądował mu na palcu lewej ręki, przecinając nerw i ścięgno. Spędził więc Pan Janek wigilię na ostrym dyżurze w szpitalu, a kolejne dni świąteczne na oddziale, skąd wyszedł był tuż przed Nowym Rokiem. Chwilę po wieczerzy a przed pasterką rozdzwoniły się między nami telefony, co tu robić, bo informacje które przychodziły do nas ze szpitala od Grudy, nie były do końca pełne, a momentami-sprzeczne. W czwartek poświąteczny Kazik spotkał się z Jankiem i prowadzącym go lekarzem, który orzekł, że rehabilitacja nie będzie zbytnio nadwyrężająca, a do czasu trasy bezpradowej na pewno się zakończy. Na wszelki wypadek jednak, Janek przejrzał listę utworów na Wadowice i zamienił weń kilka co bardziej wymagając, na te, gdzie nie trzeba aż tak bardzo eksploatować palców, co kompletnie nie wpłynęło na jego koncertowy vibe-kto widział i był, ten potwierdzi. Dobrze miał Pan Janek w tym szpitalu. Pielęgniarki go lubiły. Zresztą, nie lubić Janka – wstyd i obraza boska. Na wypis przyszedł do Janka Kazik. Oddziałowa go obsobaczyła że wlazł w kurtce, ale później, już w windzie, gdy razem z Jankiem i Kazikiem zjeżdżali we trójkę na parter, przymilnie się do obydwu, a zwłaszcza do Kazika uśmiechała, nucąc, niby to z przypadku, pod nosem…Chłopaki, nie płaczą…

Przyjechaliśmy do Wadowic, a w zasadzie pod Wadowice, bo położono nas parę kilometrów od miasta, po niecałej dekadzie nieobecności w tym mieście. Koncert miał się odbyć, jak drzewiej, w miejscowym Domu Kultury. Miejsca weń nie za dużo, jak to w takich przybytkach, ale grając dla pełnej sali, nawet jeśli nie jest Torwarem, ma się poczucie dobrze wykonanego zadania już na starcie. Zleciał ten koncert jak spod palca-w trymiga! I o dziwo, po takim odwyku od sceny, nie było się na gram do czego przyczepić. W kondycji byłem niezgorszej. Inna sprawa, że sporo ćwiczyłem w grudniu, z drobna przerwa na święta, a i parę razy byłem nawet nagrywać coś w studiu, ale o tym kiedy indziej, także miałem świadomość tego, że nie jest ze mną źle, ale to, jak zagraliśmy, bardzo mnie pozytywnie zaskoczyło i zbudowało na dalsza drogę z trasa anplaktowa, która już majaczyła na widnokręgu. Naturalnie, jak to w papieskim mieście, nie mogło zabraknąć w garderobie kremówek. Koledzy pobrali, ja niespecjalnie miałem ochotę. I tak do tej pory walczę z kilogramami ze świat. Czego nie przejadłem tego wieczora, musiałem za to przepić. Nie sam oczywiście. Po koncercie pojechaliśmy na pokoje. Bar miał być czynny jedynie do 22, ale właściciel hotelu, gdy się dowiedział, że i myśmy się dowiadywali, nakazał obsłudze trzymać otwarte drzwi nieco dłużej. Tak się mile złożyło, po pierwsze, że za barem posługiwał kolega, który na naszym koncercie wadowickim był i który lubił nasze muzykowanie, także nie mieliśmy poczucia krzywdy na ramieniu, że kiedy my się tu upijamy, człowiek trzymany jest w blokach, zamiast iść do domu. Po drugie, co było tego wieczora równie ważne jak los pracowników sektora prywatnego, w hotelu w którym byliśmy, przebywał także prezydent Andrzej Duda, o czym mogły świadczyć zaparkowane na podjeździe rządowe auta i opancerzone limuzyny. Gdyśmy się pytali obsługi obiektu, czy to prawda, uciekali od odpowiedzi, także coś na rzeczy było. A po trzecie, najważniejsze, za barem była tak doskonale wyposażona strzelnica, że zasiedzieliśmy się trochę dłużej. Ja i On oczywiście plus koledzy z techniki, którzy przyjechali odpowiednio później albo zostali za to odpowiednio dłużej.

Ja testowałem na sobie półkę przedostatnia, na której były mocarne burbony i whyskey ze świata. On pozostał piętro niżej, gdzie upodobał sobie whyskey ze świnka.

Mocna rzecz!

Całość wieczoru wieńczyliśmy Grimbergenem, bo na sen chciało nam się napić czegoś leciutkiego, niczym ciepłego kakao do poduszki. Wyjechaliśmy ok. 8 rano. Zapadłem od razu w sen w busie technicznym którym wracałam, żeby przespać te najgorsze miazmaty dnia, ale jak się miało później okazać, w niedzielne popołudnie, kiedym dotarł do domu, małżonka wyciągnęła mnie do znajomych, także złe samopoczucie z soboty przerzuciłem sobie na poniedziałek.

Zacieralia

Cały tydzień powadowicki upłynął mi na przygotowaniach do Zacieraliów. Raz, że grałem w piątek ze Zdunasem i Ąsamblem, a dwa, że jeszcze w starym roku Wojtek Jabłoński zaprosił mnie do potrabienia w K&W, co poczytałem sobie za wyróżnienie i również ochoczo się zgodziłem, konstatując później, że jeszcze wcześniej obiecałem Jankowi Niezbendenmu zagrać w paru numerach i że robi się trochę mało czasu, ale wolę tak sytuację, niż odwrotna, kiedy mam go za dużo. No i tak mijały mi te dni, między podróżami do Proximy i z Proximy. Z rana odstawiałem mała Alę do przedszkola, grzebałam swoje doktoraty i artykuły naukowe, a później jechałem na próby. Trwało toto do piątku, kiedy szykował się pierwszy, zacieraliowy dzień. W południe byłem na próbie. Po południu odebrałem Alę z przedszkola, a na wieczór wybrałem się do klubu, autem, w charakterze, żeby zagrać z dwoma Jankami-Zdunkiem i Niezbendnym. Progresja pierwszego dnia zabita po dach-rekord frekwencji, jeśli wierzyć temu co mówi Zacier, a jak Zacier coś mówi, to wie. Zagraliśmy odważny i poprawny set. Te same numery co wcześniej w Radiu Gdańsk, niektóre w skróconych aranżacjach, bo czasu miał każdy zespół tyle samo, czyli 45 minut. Po naszym występie prawdziwe szoł sceniczne odstawiła grupa The Novorodkens. Na tyle się to wszystko rozrosło i wymykało spod kontroli, że obsuwa czasowa wydłużyła się w pewnym momencie do 1,5h. Korzystając z wolnej chwili, pojechałem do całodobowego Tesco na Górczewskiej, zrobić zakupy na weekend. Zwłaszcza że nazajutrz, a może już i tego samego dnia, bo nie wiem, czy nie było już po północy, spodziewałem się w domu paru osób, także sami Państwo rozumiecie.

wpuść pana jana na salony…

Na finał pierwszego dnia Zacieraliów, Janek Niezbendny i jego weseli comapnieros dali fantastyczny koncert. Wyrobili się chłopcy przez te lata i graja teraz jak maksymalnie profesjonalny skład. Do tego tancerki w kusych strojach, choreografia, wszystko się na tym występie zgadzało. No może wszystko poza frekwencja. W związku z opóźnieniem, publiczność mono się przerzedziła, i koncert Jana oglądało już niewielu najtwardszych zawodników, porównując do skali prajmtajmu. Pożegnałem się z kolegami serdecznie, bo nie wylewnie. W domu byłem po drugiej. Cichutko zrzuciłem bambetle. Usiadłem przy stole w kuchni. Uszczknąłem sobie nasenny naparstek z zakupów i zasnąłem na kilka godzin, bo w sobotę, od rana, małżonka szła do studentów, a ja przejmowałem obowiązki. Chodziłem tego dnia jak struty, mimo że bez kaca, no bo skąd. Joanna wróciła ok. 15. Pojechałem na próbę. Szybko z niej powróciłem. Koło 17 przyszli pierwsi koledzy. Wręczyli zaproszenia ślubne. Godzinę później następni. Już bez zaproszeń. Chwilę z nimi pogwarzyłem, upiłem łyk, zamówiłem ubera i pojechałem do Progresji, żeby zagrać z Wojtkiem i Kasia. I zagrałem. Mam wrażenie, że bardzo dobry koncert, a przynajmniej sądząc po reakcji publiczności, bardzo dobrze przyjęty. Plan był taki, że po koncercie wymieniam szybkie uprzejmości z napotkanymi kolegami, zabieram z sali mecenasa Bongo z Poznania i jedziemy do mnie na kwadrat, na tradycyjny pozacieraliowy after. Do przyjazdu taksówki plan działał. W międzyczasie dostałem od małżonki sms, żeby się skontaktować z ni jak tylko skończę grać, czego próbę podjąłem, ale z drugiej strony słuchawki nikt nie odbierał. Niezrażony niepowodzeniem, kontynuowałem wymianę zdań w garderobie, dzieląc ja miedzy uściskiwanie dłoni nowo poznanym gościom. Kiedyśmy po kwadransie wyszli z klubu, ja i mecenas, taryfa już czekała. Właśnie miałem puszczać mecenasa przodem, gdy oddzwoniła ślubna żona. W krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że wraca właśnie z mała Ala do domu…ze szpitala. Podczas zabawy w domu, kiedy ja bawiłem się na scenie, mała Ala uciekając przed kąpielą, przydzwoniła w szafkę nocna. Efekt? 5 szwów na prawym łuku brwiowym. Na szczęście byli na chacie ludzie kształceni w zawodach. Szybko opanowali krwawienie, a jucha lała się ponoć obficie. Obłożyli ranę lodem i powieźli na oddział. Ala dzielnie to zniosła. Wystraszyła się na maksa, ale oprócz szwów i opuchlizny z rana, nie było znać, że coś dziecku dolega. Inna sprawa, że nie mogłem zbyt długo jej potowarzyszyć. Od niedzieli, nietypowo, zaczynaliśmy tydzień prób przed pierwszymi anplaktami. Nikt jeszcze nie przypuszczał, że wszystko tak strasznie się pogmatwa…

3 odpowiedzi do “Wadowice i Zacieralia”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.