Trasa anplaktowa 2019 -Wrocław, Kraków, Katowice i ciut Poznania

Leje jak z cebra. Jedziemy właśnie do Torunia, żeby po koncercie z niego wrócić. Dwie Warszawy z rzędu, jutro i pojutrze, a do tego autostrada, to dostateczny powód, żeby nie podróżować za dnia, tylko wykorzystać noc na podróż. Wczoraj, o tej porze, nie byłem jeszcze pewny czy gdziekolwiek pojadę. Po powrocie z Katowic, w poniedziałek męczył mnie głęboki kaszel i kac, ale uznałem, że to nic takiego. Ot, pogoda sprzyjała rozbieraniu przez cały łikend, nie dziwota więc, że gdzieś mnie musiało przewiać. Ale już we wtorek z rana, kiedy nie mogłem się ruszyć, targały mną dreszcze, gardło paliło żywym ogniem i czułem się jakbym wyszedł z ringu po 12 rundach, wiedziałem, że to już nie zwykłe miazmaty, ale że załatwiłem się na dobre.

Wczoraj wieczorem nie byłem jeszcze do końca pewien, czy nie będę musiał sięgać po L4, bo gorączka nie schodziła, a ja nie miałem siły wziąć do ręki futerału od instrumentu, o graniu nie wspominając. Choróbsko trzymało mnie od trzech dób i zamiast być lepiej, było coraz gorzej, a przynajmniej tak się zapowiadało. Sięgnąłem więc po zapomniany i niedoceniany dziś pomysł, i nakazałem małżonce postawić sobie bańki. Sam je uprzednio kupiłem w aptece. Przypomniał mi się ten motyw, gdym spowity chorobą leżał w bezruchu i oglądał „Czterdziestolatka”. Co prawda nie ten odcinek, gdzie Stefan stawia bańki Karolowi, ale zawsze. No i powiem Państwu, zadziałało. Dziś z rana czułem się już o wiele lepiej. Oczywiście, wciąż jest daleko od OK i obawiam się o swoją formę dzisiejszego wieczora, ale grunt, że odzyskałem grunt pod nogami. A jak do tego wszystkiego doszło…

W ubiegły piątek wyjeżdżaliśmy do Wrocławia. Koncert przypadł w dzień pogrzebu premiera Olszewskiego. Nie było jednak możliwości, żeby przenieść występ na inny termin, więc kierownictwo zapytało nas drogą esemesową, czy ktoś z zespołu ma coś na przeciw, żeby grać. Nie było głosu sprzeciwu-wszyscy byli jednomyślni. I nie piszę tego po to, żeby pokazać, jacy to z nas anarchiczni młodzieńcy, choć nie powiem, ta postawa mnie akurat obca nie jest, ale bardziej dlatego, żeby uzmysłowić czytelnikowi, że mimo różnicy zdań i różnic politycznych w kapeli, nam najbardziej chce się grać, a nie płakać na rozkaz. Poza tym za coś też trzeba płacić rachunki, co nie jest bez znaczenia.

Droga upłynęła w miłej i koleżeńskiej atmosferze. Oglądaliśmy filmy i czuć było, że coś wisi w powietrzu; jakiś taki zabawowy diabołek, który wpełza do busów kapel z chwilą, kiedy na dworze robi się cieplej, i można zacząć zrzucać odzienie wierzchnie. We Wrocławiu zameldowaliśmy się o czasie. Na próbie dźwięku zorientowałem się, że nie mam statywu do puzonu. Tzn. już wcześniej grałem na jakimś pożyczaku, ale dopiero we Wrocławiu przypuszczenia o zagubieniu zdawały się potwierdzać. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, że nie zabrałem go ze sobą po koncercie z Jankiem Zdunkiem we wrocławskim radiu, ale poszlaki układały się w logiczną całość. Zadzwoniłem do Radia Wrocław…i statyw się odnalazł. Dobrzy ludzie z Wrocławia na których zawszę mogę liczyć, dostarczyli zgubę jeszcze przed pierwszym dzwonkiem.

Rozpoczął się koncert. Wrocław popłynął bardzo szybko. Od początku pojedyncze grupki podatńcowywały, a to pod sceną, a to w przejściach między rzędami, a powstanie ogólne narodu nastąpiło bardzo szybko jak na przyjęte standardy, co może świadczyć o tym, że się w tym roku wyjątkowo podobało. Zdawały się uprawdopodabniać tę tezę relacje znajomych i nieznajomych w klubie Alive, do którego, ja i On, tradycyjnie zaszliśmy na after. Tak się nam tam spodobało, że zaspałem na poranne sporty i modły. Pogoda za to była wyśmienita, jeszcze cieplej niż dzień wcześniej. Tymczasem my na autostradzie, między Wrocławiem a Krakowem, wspominamy zeszły rok, jak auto odmówiło nam posłuszeństwa i czekaliśmy parę godzin na Górze św. Anny, aż po nas zajdą Wietecha ze Zbyszkiem. Drogę umilał nam prezent, który Morwa dostał w Poznaniu od Kazia-barmana; 80 procentowy, austriacki rum, do którego podchodziliśmy z należytym rozsądkiem i szacunkiem, gdyż to broń dla prawdziwego wojska a nie harcerstwa. Cały czas jednak nie mogliśmy dojść, dlaczego Pan Janek nie pozwala nam się zatrzymać na innej stacji niż BP. Mijaliśmy po trasie Orlenki i Szeliki, ale Jan się uparł, a co najdziwniejsze, nie chciał zdradzić swoich tajemniczych motywów. Kiedy w końcu przyparliśmy go do muru, i zagroziliśmy, że, po złości, nie zatrzymamy się nigdzie-pękł jak mydlana bańka. Prawda bowiem, okazała się tyleż brutalna, co dla Janka dolegliwa w skutkach, a przy najmniej tak, biedaczyna, sądził. Okazało się, że we Wrocławiu, zaraz po wyjeździe, Pan Janek kupił sobie na stacji soczek. Wyciskany, pakowany w firmowe, plastikowe buteleczki. Bez kodu kreskowego! Przez całą drogę myślał, że wziął go spod lady i nie uiścił opłaty, a w jego przypadku byłaby to już poważna recydywa. Najmniej rok! Wyjaśniliśmy mu, że takie kody kasjerki/kasjerzy mają przy kasach wydrukowane na osobnych kartkach, bo kto to widział bułkę czy kanapkę z kodem kreskowym. Długo nie dowierzał, ale wreszcie ustąpił. Nim się kto obejrzał, a już majaczyły opłotki Krakowa, a w nim samym kino Kijów, tuż przy stadionie Cracovii, która to następnego dnia miała wygrać 2 do 0 na Łazienkowskiej. W Krakowie oczywiście też wzięliśmy co nasze i zostawiliśmy po sobie nieutuloną w bólu salę. A że było nam mało-mnie i Majonezowi, koledze od wizualizacji, ruszyliśmy jeszcze na imprezę Vouge’a do klubu Kwadrat. Miały być tańczące kurtyzany, koks na tacach i pedał z pudlem, a był ścisk, dwóch dj-ów z chuj wi jaką muzyką i my dwaj, smutni, starsi panowie, niepasujący do całości dość znacząco. Cóż więc było robić. Przestawaliśmy głównie przy barze, a kiedy było nam już dość, wróciliśmy do hotelu. Nie pytajcie, która była godzina. Z rana oczywiście też nigdzie nie poszedłem. Na szczęście wyjazd z Krakowa do Katowic zarządzony był na 12.30, także zdążyłem nadrobić braki senne.

Śniadanio-lunch zjedliśmy na stacji, na autostradzie, obiad właściwy już na katowickiej sali. Wyjątkowo musiał być pożywny, bo soczyście wręcz mi się grało. Nie muszę chyba dodawać, że koncert katowicki, podobnie jak dwa pozostałe były wyprzedane. Po koncercie szybki odwrót do hotelu, tam jeszcze nasenny drink przy barze, bo z rana czekała robota do wykonania. Uprzedziłem chłopaków, że nie będę wracał busem. Ze sporym trudem się spionizowałem i umyłem pod kranem ogorzałą i opuchniętą twarz. Kiedy w miarę doszedłem do siebie, zamówiłem ubera i pojechałem do gmachu Biblioteki Śląskiej, gdzie zamierzałem skorzystać z rozprawy doktorskiej na pokrewny do mojego temat. Dokonałem tej sztuki z wielkim trudem, ale wszak co prosto przychodzi, niewiele jest warte…choć sam do końca w to nie wierzę. Nie zazdroszczę temu, kto korzystał po mnie z pokoiku do kwerendy księgozbiorów. Powróciłem pociągiem do Warszawy ok 17 z minutami. Czułem się średnio, ale zganiałem to na trzy dni przedwczesnego „rozbratu z bronią”. Jak się miało okazać nazajutrz, toczyło mnie choróbsko inne niż kac, a że złapało za gardło w chwili osłabienia, to i nieszczęście gotowe.

I jeszcze kilka słów o Poznaniu, o którym nie było wcześniej, bo i pisać niespecjalnie było o czym. Ani na noc nie zostaliśmy, przynajmniej nie wszyscy, to i nie poszedłem do Kultowej. W busie za wiele też się nie działo, zwłaszcza nocną porą. A o tym, że Poznań nie zawiódł, a myśmy zagrali swoje od A do Z, bez wtop i zająknień, to już bardziej przewidywalne, niż nasze bisy w elektrycznym secie….

Czwartek zaczął się miło podwójnie. Raz, że ozdrowiałem na tyle, że jadę dziś busem do Torunia, a dwa, że wygrałem sprawę w sądzie I instancji z bankiem o kredyt we frankach, także Szanowni Państwo, idzie sobie u nas wydrapać sprawiedliwość, choć oczywiście nie za darmo. Nie mniej, jeśli ktoś zainteresowany, z czystym sumieniem polecę mecenasa.


 [JW1]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.