Bóg jest Zgniłością

Ciężko znoszę ten okres roztrenowania; czas wyczekiwania do najbliższych koncertów. Choć może ciężko, to nie jest najlepsze słowo. Cały czas mam co robić, bo jak tylko poczuję, że gnuśnieję, wynajduję sobie, a to zaległy artykuł, a to temat na nowy, a to konferencję w Szczecinie na maj, i cały czas coś się dzieje. Mimo wszystko jednak, tęsknię już za kolegami, choć od czasu do czasu z pomocą przychodzą mi inni kumple. Tak jak to miało miejsce dwa tygodnie temu w Łodzi.

Dzień przed świętem konsumenta polskiego i zagranicznego, tj. w czwartek przed Black Friday, udałem się do Łodzi, żeby zagrać pierwszy w swojej historii koncert poza Warszawą z formacja Zgniłość i poetą przysiadalnym Świetlickim. Zmówiliśmy się nań parę dni wcześniej, w niedzielę, w Warszawie, dzień po zakończeniu trasy pomarańczowej, gdyśmy wespół w zespół dali fenomenalny reczital w stołecznym klubie Bardzo Bardzo.

Wahałem się, czy pojechać pociągiem, czy pojechać jedynie na koncert autem i wrócić zaraz po, czy może zostać. – Co będziesz wracał po nocy, rzekł mi do słuchawki kolega Wandzilak, klawiszowiec. Zostań, będzie fajnie, a w końcu śpimy w hotelu Savoy, to jakże to tak, bez noclegu. Uległem. Pociągi mi średnio pasowały, bo chciałem jak najdłużej pobyć w domu i nie tułać się po dworcu z puzonem i walizką, a że do Łodzi jedzie się godzinę z hakiem, a ja mam niedaleko do autostrady, postanowiłem pojechać samochodem.

Ruszyłem po południu, próba przewidziana była na 17. Droga minęła sprawnie. Nowe auto całkiem nieźle sprawdziło się po trasie. Zajechałem do miasta. Nawigacja poprowadziła mnie pod sam hotel, a konkretnie, pod parking strzeżony, 100 metrów od miejsca akomodacji.

Hotel Savoy, rzeczywiście, jak w piosence, już z wierzchu wygląda odrobinę nieprzystępnie. Okazałe gmaszysko niedaleko Piotrkowskiej aż kipi historią i tym, co przeżyło przez lata, choć te największej świetności ma już dawno za sobą. Niemniej, od wejścia coś w nim budzi w człowieku rezon i każe podświadomie nieco się przygarbić, przekraczając progi tego miejsca.

Jak się miało okazać, przybyłem pierwszy, przed cała resztą. Część kolegów jechała z Gdańska, cześć z Warszawy, kolega poeta z Krakowa. Zameldowałem się w jedynce na piątym piętrze. Windę obsługuje w tym hotelu windziarz. Bez stroju służbowego, raczej taki pan Janusz w swetrze i z wąsami, ale mimo wszystko to i tak niezły wintydż. Pamiętam, że parę ładnych lat do tyłu, gdyśmy grali w Łodzi z Buldogiem, w podobna porę roku, w innym hotelu, też woził nas na piętra windziarz, takoż, przynajmniej w Łodzi, nie jest to taki do końca wymarły zawód.

Poszedłem z buta do klubu. Nigdy wcześniej w nim nie byłem. Szukałem na Piotrkowskiej odpowiedniego numeru, i gdy wreszcie go znalazłem, okazało się, że mieści się w tym samym podwórzu co słynna Łódź Kaliska, którą to akurat znam aż za dobrze. W środku prócz barmanek zastałem kolegę Czubaja. Wiedziałem, że miał tego dnia urodziny. Nie powiem, trochę się tego obawiałem. Złożyłem życzenia, wychyliłem zdrowie, i tak to nam słodko mijało oczekiwanie na resztę kapeli. Przyjechali chłopcy. Weszliśmy na scenę. Ta jak zwykle dla naszego ponadstandardowego ansamblu, okazała się była nieco za mała. Usadowiłem się poniżej proscenium i bardzo nie chciałem wyłazić na front, bo strasznie było nań ciasno. Uległem jednak po namowach kolegów, a że zrobiłem źle, przekonałem się parę godzin później.
Próba trwała i trwała. Koledzy cyzelowali dźwięki i frazy. Tuż przed wpuszczaniem ludzi ostatecznie się zakończyła. Kiedy większość poszła do hotelu wypocząć przed występem, ja, wiedząc, że nocnych uciech nie przyjdzie mi zaznać, usiadłem w wąskim gronie, czekając na swój czas. No i się zaczęło…

Zagraliśmy najfajniejszy chyba koncert z dotychczasowych. Ludzi przyszło dość sporo, jak na klub dość niewielkich rozmiarów. Tak było fajnie podczas grania, że zacząłem na swoim miejscu pracy skakać i się wić w tańcu chocholim, jak to ja, że nim się spostrzegłem, podwinęła mi się noga i jak długi poleciałem do tyłu. Gdzieś tak w środku reczitalu. Odruchowo złapałem się wiszącej kotary, ale że za nią prócz powietrza nic już nie zostało, poleciałem na plery razem z nią. Na szczęście wylądowałem na miękkich futerałach i kurtkach, które tam złożyliśmy. Puzon trzymałem przed sobą, więc na szczęście nic się nie pogięło i nie połamało. Nie powiem, wprowadziłem tym niemały zamęt i konsternę w szeregach, ale jednocześnie wywołałem sporo uśmiechu na buziach kolegów i publiczności, co poczytuję sobie za duży plus. I wierzcie mi lub nie, trudno mówić było o nadużyciu, gdyż kiedy wiem, ze następnego dnia mam wsiadać za kółko, staram się nie przeginać, żeby mieć spokojną drogę powrotną, bez trwogi o wynik na alkomacie. Co jak co, ale to urządzenie znamy z kolegami z grupy na K. jak własną kieszeń, nomen omen. Nie wiem czemu, ten mój nieprzewidziany upadek tak mnie jakoś dziwnie nastroił, że po koncercie, miast zostać jak człowiek i pogawędzić z kolegami i publicznością, spakowałem szybko graty i czmychnąłem po angielsku do hotelu, goniony imperatywem, że nazajutrz muszę być rześki i wyspany, a było raptem przed 23. Poza tym coś mi mówiło, jak się miało okazać, zupełnie bezpodstawnie, że ten mój wygłup, koledzy odbiorą opacznie i będą mieli pretensje, więc czym prędzej należy zejść im z oczu. Nie mogąc zatopić trosk w alkoholu, zatopiłem je kaloriach. Chwilę po opuszczeniu klubu, zamówiłem w pobliskiej restauracji bułę z taka ilością mięsa, że nawet mi ciężko było ją okiełznać, a głodny byłem jak wilk i potrafię zjeść sporo.

Kiedyśmy tak sobie siedzieli czekając na występ, kolega Świetlicki opowiedział mi zabawną historię z branży. Ongiś pewna znana, gruba artystka, przyjęła z polecenia do kapeli nowego muzyka. Nie bardzo wiedziała, jak go ugryźć, gdyż człowiek wydawał się być dość mocno zamknięty w sobie, więc któregoś razu zapytała go o to, czy zna może jakiś sposób, żeby zrzuć kilkanaście zbędnych kilogramów, gdyż w jej oczach wyglądał dobrze i zdrowo. – Kilkanaście-zapytał tamten. A upierdol sobie jedną nogę. Podobno więcej już z grubą artystką nie wystąpił.

Nazajutrz, dla bezpieczeństwa, spałem w opór. W hotelu Savoy sen mi bardzo podchodził. Na śniadanie nie zeszedłem, bo do 12 trawiłem jeszcze tego mięsnego potwora, któregom zjadł przed północą. Ruszyłem do domu chwilę po południu. Po 1,5h byłem na miejscu. Zajechałem jeszcze na siłownię, żeby do maximum wykorzystać czas, a potem odebrałem Alę z przedszkola.

Nazajutrz, to jest w sobotę, zadzwonił do mnie Piotrek Połać z Figo-Fagot. Widzieliśmy się tydzień wcześniej w Kultowej, w Poznaniu. Już wtedy wspominał mi, że ma rozgrzebany pewien projekt, i chciałby dodać doń dęciaki i co ja na to. Ja mu na to, że niech wyśle co ma, a wtedy ja powiem, czy da się to z czymś ugryźć. Wysłał. Posłuchałem. Raz. Drugi. Bardzo, ale to bardzo moje rzeczy. Punk z domieszką kalifornijskiego grania, który aż się prosi o melodyjne dętki. Do tego niezłe teksty o czymś, co nie jest w dzisiejszych czasach w Polandzie normą. Taki odl fashioned wzmocniony spirytusem. Spotkaliśmy się we wtorek. Ja, Piotrek i kolega gitarzysta. Byłem akuratnie po zajęciach na chórze a przed wieczornymi telefonami. Powiedziałem panom, że w to wchodzę, bo to dobrze rokująca i świeża sprawa, na którą od dawna czekałem. Złapaliśmy wspólną nić od razu. Czekam teraz, aż chłopcy uwiną się z nagrywkami wokali i w przyszłym tygodniu wchodzę do studia z puzonem. W jednym numerze chcę nagrać dwa, coś a’la Orangetree. W pozostałych będzie najpewniej unison z trąbką, ale sam musze, już w studiu, posłuchać jak to zabrzmi. W każdym razie zadowolony jestem z aranży które porobiłem, zwłaszcza, że do 5 numerów zajęło mi to jedno popołudnie. Tak to się dzieje, kiedy trafiasz na muzykę, którą znasz od podszewki, bo na niej wzrastałeś. Dużo sobie obiecuję po tym wydawnictwie. Koledzy zresztą też, i nie bez racji.

Dziś po paru miesiącach przerwy wróciliśmy z Miszą, moim kolegą, do grania w skłosza. Już prawie zapomniałem, jakie to fajne zajęcie. Na szczęście nie zapomniałem jak się gra i opykałem go w setach 3 do 1. W czwartym secie tak się zawzięliśmy, że wymiany były iście wielkoszlemowe, i nawet nie zauważyliśmy że minęła wykupiona godzina. Wyłączyli nam światło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.